Staram się wychodzić z domu, niekoniecznie do marketu. To oczywiste, ważne, potrzebne – matki muszą wietrzyć głowy, żeby nie zalegały w nich głupie myśli. Zwykle, kiedy wychodziłam, Lenon jak zaczarowana spała albo była całkiem miła dla taty. Jasne, że pędziłam do niej, jak gdybym wracała z długiej podróży i całowałam tak, jakby nigdy wcześniej nie było mi wolno, ale wczoraj było inaczej niż zwykle.

Musiałam wyjść tylko na godzinę. I to bardzo blisko. Lenon miała po cudnym weekendzie fatalny poniedziałek. Wizyta u dentysty zaklepana, mleko w butli przygotowane, tata pewny siebie, ale… U dentysty o mało nie obgryzłam paznokci po łokcie. Przebierałam nogami jak przed maturą, cholernie zestresowana, bynajmniej borowaniem, bo po porodzie bać się dentysty to już trochę wiocha (tak sobie mówię i po prostu panicznie boję się tam w środku,  w brzuszku, gadam tyle, że dentystka od progu zapytała mnie o dziecko,pracę, remont, ślub, a widziała ostatni raz pół roku temu…), zawsze po prostu mówię, że świetnie znoszę znieczulenia.

Przyznać się, że kiedy wybiła godzina mojej wizyty to chciałam panią siedzącą na fotelu wyciągnąć za kudły i rzucić nią o posadzkę, żeby straciła przytomność, bo chciałam jak najszybciej wrócić do domu? Przyznać się, że jak mi dentystka syczała tym powietrzem w rurce, to kłamałam, że nic nie czuje, żeby mnie puściła do dziecka już? Że się pokłóciłyśmy, bo uważałam, że przyjście do dentysty na borowanie bez borowania wcale nie jest głupie? Moja twarz wyrażała chyba, jak bardzo kotłuje się we mnie strach o Lenona, bo dentystka co chwilę przerywała robotę i pytała, czy boli. Bolało, ale nie ząb. Słyszałam po prostu, jak moje dziecko płacze.

Nie było mnie godzinę.

A moja córka wpadła w dziki szał, bo jest na etapie, na którym kompletnie nie kuma, że jesteśmy odrębnymi istotami. To ja robię to,co ona myśli, a przynajmniej próbuje zgadywać nazywając to naiwnie instynktem.  Jak tylko zamknęłam za sobą drzwi zaczęła krzyczeć jakby ktoś przypalał ją żywcem i polewał denaturatem. Przez 60 minut mojej nieobecności, nie uspokoiła się nawet na chwilę, nie działało NIC, co zwykle pomaga ją okiełznać. Pluła mlekiem, choć była już bardzo głodna. Rzucała się jakby miała padaczkę. Wyglądała tak, że każda bezdzietna na jej widok zaszyła by sobie to i owo, żeby naprawdę nie ryzykować.

Bo nie było mamy.

Jak tylko usłyszała mój głos, jej krzyk jakby obniżył decybele. Kiedy wzięłam na ręce, oddech zaczął zwalniać i łkanie przestało być tak rozpaczliwe. Po polikach spływały grochy łez, usta wykrzywione w podkówkę wyrażały wszystko. 10 minut później już spała. W nocy przy każdym karmieniu na chwilę otwierała oczy, żeby sprawdzić, czy na pewno jestem.

Ja wiedziałam, że wychodzę na chwilę i nie mogłam wytrzymać. Ona myślała, że zniknęłam. Że zniknął ktoś, kogo nawet nie tyle kocha, co bezwzględnie potrzebuje, kto jest tak ważny jak powietrze, bez kogo nie umie żyć – i ta nieumiejętność życia to wcale nie żałosna, romantyczna metafora. Bo mamy nie było. Ja po cichu obgryzałam paznokcie, Lenka wiła się w spazmach rozpaczy i przerażenia. Bo mamy nie było. Ja sobie mogę wszystko wytłumaczyć i udawać, ona ma kilka miesięcy i po prostu bardzo ją bolało to, że mnie nie czuje. Myślała, że zostanie sama, używając najsuteczniejszej i najbrutalniejszej z broni -własnego głosu- całą sobą tak bardzo chciała mnie przywołać z powrotem.

To wszystko z perspektywy dorosłego człowieka strasznie nieważne i głupie, tym bardziej jeśli nie ma dzieci, ale nawet dorosły człowiek jest sobie w stanie wyobrazić, co by czuł, gdyby ktoś zabrał mu wszystko, bez czego nie umie funkcjonować, pozbawił sensu, gruntu pod nogami, poczucia bezpieczeństwa – bo jakbym bardzo nie chciała unikać frazesów, to… wczoraj znów zdałam sobie sprawę, że tym wszystkim dla niej jestem.

Powiesz mi, że to straszne, że jestem teraz tak uziemiona, że dentysta staje się wyprawą na siedmiotysięcznik, że mam się nie martwić i minie, że znasz to, albo, że sobie nie wyobrażasz, że ktoś wprowadza w Twoją codzienność posmak terroru.

A ja Ci powiem, że bycie dla kogoś najważniejszą istotą świata, to najpiękniejsze, co można poczuć. Że nigdy nie czułam się tak silna, jak wtedy, kiedy uspokaja się w moich ramionach. Jak puchnę z dumy, kiedy z histerii, dzięki mnie, wpada w zachwyt.

Jak cholernie przykro mi będzie, kiedy za 3 lata nie będzie chciała wziąć mnie za rękę, za 4 dać buziaka przy koleżankach, a za 10 pokazać się publicznie. A gdy jej powiem “córuś, jak tak jak kiedyś, nadal nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie” to zażenowana odburknie “weź się mamo”.

A kiedyś, za 30 lat, zadzwoni do mnie, na chwilę, bo z tyłu będzie słychać ryk jej małego esesmana. Żeby powiedzieć “Chyba teraz rozumiem, Mamo”.

A ja tylko ciepło się uśmiechnę i niczego nie opowiem, bo nie uwierzy, poczekam, aż zdumiona odkryje sama.

21 komentarzy
  1. Masz rację, również nigdy nie czułam się tak silna, jak dziś, gdy jestem mamą (i bynajmniej nie o fizyczną siłę tu chodzi mimo wielu treningów :)).

    Wtrącę tylko, że 3 latek za rękę to może już nie, ale przytulać się chce nadal :D A może za kilka miesięcy, kiedy to 3 mojemu wybije będę mówić inaczej? Chociaż mam nadzieję ;) Dzisiaj przytulanie to jedyna czynność oprócz spania, która jest go w stanie na dłużej niż 3 sekundy utrzymać w jednym miejscu :D

  2. Bycie dla kogoś najważniejszą istotą świata mnie przerażało, przeraża i przerażać będzie. Zanim zdecydowałam, że będę mieć dziecko, to właśnie to coś mnie bardzo odstraszało.. bo ja lubię być sobie sama dla siebie… bo świadomość, że ktoś beze mnie sobie nie poradzi.. jest mi kamieniem.
    Faceta wybrałam takiego, żeby nie wisiał mi u szyi i radził sobie sam, by nasze światy tylko się zazębiały a nie były jednością.
    Dziecka już sobie takiego wybrać nie mogłam. Ale syn.. zupełnie jak by myślał podobnie, nigdy nie wyrażał tak jak Lenka rozpaczy, że mnie nie ma. Od maleńkości zostawiałam wózek pod nadzorem mojej pracownicy w sklepie, gdy musiałam pójść tam, gdzie z wózkiem nie wejdę. Bartosz akceptował obcą babę, dawał się brać na ręce i chichotał do niej też.
    W piątek też musiałam do lekarza, zostawiłam go, jak zawsze, u tej samej cioci, dała mu jeść, a on zasnął w wózeczku jak anioł na 1,5 godziny. Tylko ja w poczekalni trochę się irytowałam opóźnieniem, bo się martwiłam, tęskniłam…
    Czasem wydaje mi się, że z córką jest kompletnie inny kontakt, od niemowlęctwa, niż z synem.. Córki często zostają w domu, synkowie wyfruwają.. Może już teraz przygotowuję się, że Bartosz jest tylko na chwilę w moim życiu, a już zaraz będzie mieć własne.
    A może po prostu nie przywiązuję się do nikogo.

    Wasza więź jest niesamowita, Twoja siła i duma.. zasłużone.

  3. Miałam dokładnie tak samo. Było to jakieś siedemnaście lat temu, ale pamiętam…. Piękna, wzruszająca opowieść o więzi matki z dzieckiem. Nie zrozumie ten, co dzieci nie ma, bo to nie jest do opowiedzenia, ale do przeżycia, a doświadczenia innych mam do porównania.
    Dzieci wzbogacają nasze życie, chociaż w zasadzie nie wzbogacają, lecz są jego sensem. Bez dzieci życie jest jałowe.
    Cieszę się z Waszej ślicznej, zdrowej Lenki. Cieszę się, że dane jest Wam cieszyć się tym, że wybrała Was jako rodziców. Nie wszyscy mogą tego doświadczyć, lub cud rodzicielstwa powtórzyć.

  4. Pieknie opisana wiesz pomiedzy matka I dzieckiem. I choc mam to juz za soba razy trzy – wzruszylam sie bardzo czytajac twoje slowa

  5. Znam to,
    siedzialam w przychodni i chciałam krzyczeć – ludzie – proszę, puśćcie mnie bez kolejki, bo JA MAM DZIECKO, ono na mnie czeka.

    Czułam się, jak ktoś z wielką misją – idę do sklepu/apteki/ginekologa i MAM WIELKĄ MISJĘ, bo KTOŚ BARDZO WAŻNY na mnie czeka. Normalnie, jakbym działała z ramienia królowej.

    Poza tym, musiałam biec do domu.
    Dziś już nie muszę, choć wiem, że i tak moje przyjście z pracy jest najważniejszym punktem dnia.

  6. Znam to z autopsji. Ale nie daj się dziecku od siebie uzależnić w 100%, bo stracisz całkowicie możliwość wychodzenia do ludzi. Niech jak najczęściej zostaje pod wyłączną opieką innych osób. Dzieci są sprytne i jak ją teraz przyzwyczaisz, że nikt inny nie bedzie do niej dopuszczany- nie będziesz miała życia.

    1. jak na razie życie z nią mi wystarczy ;) i co masz na myśli nie uzależnić- ona się sina robi jak wychodzę do kuchni. a ma 3 miesiące.

  7. Aż się popłakałam… Po pierwsze dlatego, że choć moje dziewczyny już na tyle duże, że zostają z tatą lub babcią bez problemu, doskonale pamiętam ten okres, gdy wyjście z domu choć na 5 min. było wyczynem. I pamiętam telefony zdesperowanego męża “Kiedy będziesz? Bo nie mogę jej uspokoić. Nic nie działa!”. Po drugie, bo coraz częściej myślę sobie, że choć nadal są takie słodkie i potrzebujące mamy, to już niedługo nie będą chciały mieć ze mną do czynienia. I te kilka lat (mam nadzieję, że będzie to tylko kilka lat…) będzie dla mnie chyba okropnie ciężkie do zniesienia.

  8. Piękne i straszne nie? Jesteś jej całym światem, całym życiem więc jednak chyba bardziej straszne :-) Często o tym myślałam jak moje dzieciaki były malutkie i do spółki z hormonami wylałam morze łez ilekroć sobie pomyślałam, co czują takie maluszki porzucane albo osierocone przez matki.

  9. Czapki z głów za to, co piszesz :)
    Cieszę się, że nie dajesz sobie wmówić, że uzależniasz dziecko od siebie. To miłość. Doskonała, bezgraniczna, obezwładniająca, piękna i trudna – jak to z miłością bywa :)
    I ten czas, kiedy jesteś dla dziecka całym światem jest… bardzo krótki.
    Choć kiedy trwał, czasem miałam ochotę uciec na Marsa, schować się w szafie, nogdziekolwiek ;) Nawet pomimo tego, że dzieci oszczędziły nam okołonocnokolkowych atrakcji…
    Nosz kurczę, nikt mnie nigdy tak doskonale nie kochał, jak moje własne dzieci przez te pierwszych kilka miesięcy. Choć wiem, że bywa to niełatwa miłość. Ale nic mnie tak nie rozczula, jak bezzębne uśmiechy i noworodkowy meszek na ramionkach ;)

    Za to widzę, że chęć wywieszenia ich na balkonie na mrozie, żeby skruszały, wzrasta wraz z wiekiem i ilością wypowiadanych przez nie słów ;)
    Trzymajcie się ciepło!

  10. Wzruszyłam się niesamowicie, przeniosłam w pamięci do pierwszych chwil z córcią ;-) Dziś moja kochana “terrorystka” ma 12 lat i najpiękniejsze są te momenty, gdy podchodzi, przytula się i mówi – kocham cię mamuś :-).

  11. Pobeczałam się….Świetnie rozumiem o czym piszesz. Mam prawie sześciomiesięczną córcię, która jest najcudowniejszą z terrorystek na świecie. Jestem dla niej numero uno i choć czasem szlag mnie trafia, że zasypia tylko przy mnie, podczas przebudzanie gdy mnie nie ma wpada w ryk i tylko ja mogę nad Nią zapanować to jednocześnie jest mi to mega potrzebne….bo czuję się potrzebna? niezastąpiona? wyjątkowo! To niesamowite uczucie wyjątkowości zna i rozumie tylko inna MATKA. I niech trwa ono jak najdłużej, bo potem będzie jak piszesz….

  12. Piekne! Slowo daje… Moje malenstwa: 5 i 10 lat – przez to,ze w malenkosci tak wlasnie, hihi, ‘uzaleznione’ od mamy – teraz wspaniale, odwazne, wrazliwe….
    O tej wlasnie milosci, o tym bezwarunkowym oddaniu malemu czlowieczkowi wtedy, gdy nas wlasnie najmocniej potrzebuje, powinno sie mowic wiecej, krzyczec wiecej…
    Gleboko wierze,ze do pelni zdrowia psychicznego w pozniejszym zyciu, jest nam ta milosc niezbedna, bezwarunkowa… tymczasem slysze zewszad,jak to dzieci ‘manipuluja’ (nawet noworodki podobno – manipuluja sobie mama lub tata, gdy wlasie zamarza by do nich przybiegli!), i inne tym podobne bzdury…
    Pozdrawiam!

  13. Mam 3 letnią córeczkę i doskonale pamiętam początki naszego życia razem i jej histerie i spazmy jak wychodziłam. Teraz też miewa jazdy, humorki … ale mają inny wymiar – choć nadal jest to odkrywanie przeze mnie nowych zachowań rosnącego dziecka i próby – powtarzam próby radzenia sobie mnie z nimi. Generalnie nadal jest terrorystką tylko w innym wymiarze. To ja się nią zajmuje, ze mną przebywa w domu, na placu zabaw i wszędzie.
    Za dwa tygodnie pojawi się druga terrorystka. Jako “doświadczona”…hahaha… matka układam plan na nasze kontakty i jej wychowanie … i niestety obawiam się że życie skoryguje to co mam w głowie.
    Mam tylko nadzieję że damy radę :)

  14. Piękne! Znam to, znam to. A teraz wyobraź sobie, że co wieczór jej fundujesz taką traumę, tylko siedzisz w kuchni jak ona płacze w pokoju, bo ją uczysz że ma sama zasnąć i się po prostu wypłakać. Ludzie to mają pomysły, no nie?

  15. O matko :)Ja kiedys to samo przezylam u dentysty,a niby taka twarda jestem i zahartowana w macierzyństwie;)) To był żart oczywiscie,niby to juz drugie dziecko a rozczulam sie bardziej niz kiedys nad tymi grubasnymi fałdami na udach :D

Napisz komentarz:

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.