serce i rozum

Organizatorzy kampanii Orange założyli naiwnie, że skoro mam dziecko, pracę, bloga, nie chodzę głodna i brudna, to można mi zaufać i powierzyć misję testów sprzętu.  Skoro dziecko już ponad pół roku ma i nie mówili o niej w wiadomościach, to chyba ogarnie, e? No nie wiem.

Doczytali chyba też newsy o tym, że aktualny telefon poddałam wyrafinowanym testom wytrzymałości i dwukrotnie utopiłam go w toalecie. To na pewno dlatego telefon, który możecie wygrać jest wodoodporny, na bank.

Poniżej film. A w nim ja, moje skromne mieszkanie, córa, Nawleczony, pies, lodówka i dwa podbródki oraz Radomski sposób konwengerowania zainspirowanego i zafundowanego przez Orange.

Jeżeli lubicie to co robię, a on przypadnie Wam do gustu, udostępnijcie proszę u siebie podając adres bloga- będzie mi miło skorzystać jakoś na tym obnażeniu (jestem ubrana całe nagranie, przysięgam, nie zrobiłabym Wam tego!) i dotrzeć do paru osób więcej z moją pisaniną.  Z tym, że kolejną kooperacją reklamową nie będzie rozkładówka w piśmie dla panów już się pogodziłam, Nawleczony na szczęście już widział i planów dotyczących naszej wspólnej przyszłości nie zmienił.

A jeżeli chcecie wziąć udział w konkursie i wygrać telefon, z którego i ja mam frajdę korzystać i testować usługi Orange – Sony Xperia Z Kompakt wraz z całorocznym,darmowym dostępem do internetu mobilnego i stacjonarnego oraz telewizji.

Musicie odpowiedzieć na jedno, podchwytliwe pytanie:

Ja jestem atechnologiczna, wirusy w moim komputerze zeżrą mnie kiedyś całą razem z drugą brodą i okularami, ciągle miewam jakieś żałosne przygody. Interesuje mnie, czy jestem na świecie sama.

Co Wam najdurniejszego/najśmieszniejszego/najgorszego przydarzyło się w ramach obcowania z nowymi technologiami?

Dla tego, kogo historia chyci mnie za serce jak skurcz łydki nocy, telefon i pakiet usług.

Konkurs potrwa do 02.06.2013 – swoje odpowiedzi wraz z ADRESEM E-MAIL zostawiajcie pod tym wpisem.

Wyniki 03.06.2014 -zostawiajcie swoje maile, zwycięzce poinformuję również tą drogą, gdyby się okazało, że jednak profilu bloga uważnie nie śledzi (jak to?!)

Udanego seansu, życzę. Nie jedzcie przy tym, dobrze radzę.

Zobaczcie sami jaka jestem Radomska, Orange’owa i konwergentna. ;)

Więcej filmów blogerskich NA STRONIE AKCJI 12 KONWERGENTNYCH. HAWK.

Klikajcie, jestem w statystykach tylko krok za Donatanem. Moja mama tak mówi.

https://www.youtube.com/watch?v=qxReyAZTvLk

Tekst jest owocem współpracy z Orange. Owocem współpracy z Krzysztofem Gonciarzem jest film. 

A z narzeczonym córka ahahaha ;]

WIĘCEJ BLOGOWYCH FILMÓW ORAZ REGULAMIN KONKURSU NA STRONIE AKCJI

243 komentarze
  1. Radomsko, uwielbiam Cię. <3 Niech się testy dobrze testują, filmik wyszedł mega! Pozdro dla Gonciarza- widziałam jego filmiki z Japonii na YT.

    Niech konwergencja będzie z Tobą? :D

  2. Nie no przeeeeeeeestań …. a wprawa po skarpetki na rynek to nie była emocjonująca ? :> Heh . Cieszę się ze znalazłam Twego bloga, i cieszę się ze masz pokręcone lekko poczucie humoru czasem czarne bo ta daje mi nadzieję że jest na tym świecie choć jedna osoba która wykminiła by momenty w których drę łacha z siebie i wszystkiego dookoła :)

  3. O mamusiu… trochę tego było, bo jestem technologicznym analfabetą, ale najbardziej spektakularna historia to historia z lodówką moich rodziców. Otóż rodziciele któregoś razu postanowili zmienić otwieranie drzwi lodówki ze strony lewej na prawą, nie informując mnie o tym. Ot, taki kaprys! Kiedy wróciłam do domu rodziców nie było, bo wyszli do znajomych. Głodna rzuciłam się do lodówki i… ni cholery nie mogłam jej otworzyć. Mocowałam się z dziadostwem dobre pół godziny, zadzwonić nie mogłam, bo nie znałam numeru do znajomych, a komórek wtedy jeszcze nie było.
    W końcu wkurzona zrezygnowałam z dostępu do świeżej i schłodzonej żywności pocieszając się kisielem, który udało mi się znaleźć w jednej z szafek.
    Na drugi dzień rodzice nie mogli opanować głupawki kiedy dowiedzieli się o wszystkim i historia stała się rodzinną legendą.

    1. Popłakałam się ze śmiechu, jaka piękna scena! Chociaż w sumie nie móc dostać się do lodówki to mój najgorszy koszmar, więc powinnam łączyć się z Tobą w bólu…

  4. Wstyd pisać i się przyznawać ale, choć wydawało mi się, że aż tak “lewy” nie jestem, błysk intelektu czasami i mnie jednak omija szerokim łukiem… Zmienialiśmy auto z nie najmłodszego już na takie troszkę nowsze, z “bajeramy” bo i “elektryka” wreszcie, i klima, i czujniki jakieś deszczu i cofania… Miód, malina normalnie. Duże, wygodne, wreszcie z “kopem” , słowem na wypasie. I jeden mały szczególik w tym autku – “kluczyk” bez kluczyka wtykany w taki “slocik” i przycisk START/STOP. I o ten przycisk się cała historia rozbija. Działanie tego ustrojstwa to automatyczne “kręcenie” silnika bez naszego udziału – wkładasz “kluczyk”, wciskasz sprzęgło i naciskasz Magiczny Przycisk a fura sama zaczyna odpalać auto. Po jeździe z kolei, naciskasz Przycisk i silnik się wyłącza. Komfort. Nowoczesność. W MOIM samochodzie.
    Auto kupione pod koniec listopada (ciepłego w miarę zresztą) jeździło i sprawowało się bez zarzutu. Do czasu. Zrobiło się na dworze zimno, przyszły mrozy i któregoś mroźnego zimowego dnia autko posłuszeństwa jednak odmówiło. Strach, wściekłość na poprzedniego właściciela, nerw na własną naiwność, że tak łatwo cię sprzedawca podszedł i rzęcha wcisnął. Ale próbować przecież odpalić trzeba więc znowu sprzęgło, Magiczny Przycisk, kręcenie silnika a to niestety, coraz słabsze i słabsze i słabsze i cisza… Akumulator zdechł. To chyba znamy przyczynę awarii, chociaż tyle. Marznąć nie ma co, można iść do domu – okej. Naciskam Magiczny Przycisk co by kontrolki pogasły (bo świeci się ich od cholery) i “kluczyk” wyjąć ale, się okazuje, nic z tego. “Kluczyk” w slocie, zegary świecą, kontrolki świecą, ja wduszam Przycisk – zero reakcji auta. Rób co chcesz. Zostaw nie zamknięte auto na noc (a wieczór był już przed 19), z “kluczykiem” w środku, obświecone w środku dokładnie. Wściekłość jeszcze większa na siebie, na auto i sprzedawcę. Do domu jak iść nie ma powertować fora a siedzieć i marznąć też mało sympatycznie więc męska decyzja – zostawiam pod blokiem auto w takim stanie jak powyższy i idę do domu rozwiązania szukać. W końcu i tak go nikt nie buchnie, bo akumulatorzyna padła. Zachodzę na górę, wyzywam na czym świat stoi, żona pyta co z autem więc jej z nerwamy referuję co i jak i, że “kluczyk”w takiej sytuacji nie wyjmowalny, na co ona, żebym został z młodą a ona zejdzie do auta. Więc ja znowu, że po co, że się nie da, że PRZECIEŻ PRZYCISK WDUSZAŁEM, NACISKAŁEM ze sprzęgłem, bez sprzęgła więc PO KIEGO ONA TAM JESZCZE IDZIE??? Szukać serwisu i namiarów trzeba a nie łazić w tę i z powrotem. Ale żona, jak żona zresztą, i tak poszła po czym po minucie, dwóch wróciła z “kluczykiem” w ręce… WYMIĘKŁEM… Się więc pytam jak to zrobiła – a ona spokojnie, że tam gdzie na Magicznym Przycisku jest napis STOP nacisnęła i wszystko pogasło, a slocik “kluczyk” wypuścił… Nie byle gdzie, jak ja – byle nacisnąć Przycisk (bo tak to działa) a dokładnie w miejscu napisu STOP… Bez komentarza…

  5. ja ogólnie jestem całkiem techniczny, lubie czasem pogrzebać w czyms technicznym – głównie w samochodzie ostatnio, jednak to sprzęt mnie nie lubi – głównie mój samochód ostatnio.
    Zauważyłem pewną prawidłowość, ze jak tylko cos w samochodzie naprawię, to zaraz coś się popsuje. Czasem nawet to co naprawię.

    W kazdym razie ja nie o tym – ogólnie problemów z komputerami i pochodnymi nie mam, ale czasem moje IQ spada do poziomu ameby.
    Przykladowo gdy w grze po załadowaniu planszy był napis “PRESS A KEY” obowiązkowo wciskałem “A”. Zorientowałem się, że to nie ma znaczenia dopiero pod koniec gry :)
    A z telefonami – pamiętam jak dziś kilka pierwszych doładowań ze zdrapek. Tam była instrukcja – cytuję z pamięci: “wpisz *125*14-cyfrowy kod doładowania#”.
    No i grzecznie wpisywałem: *125*14-xxxxxxxxxxxxxx# i dziwiłem się, czemu nie wchodzi. :D

      1. ja to z tą zdrapką radziłem sobie w koncu tak, ze dzwoniłem na *500. I tu nie było problemu, z tym “14-“. Ale nie kojarzylem dlaczego tylko tak kod wchodzi :)

        A z samochodem to mam tak: wiem co się zepsulo, często wiem jak to naprawić, i boję się ruszyć. Ostatnio jak wymieniałem świece – czynność prosta i oczywista dla każdego – wykręcasz, bierzesz nową, wkręcasz i gotowe. udało mi się unieruchomić samochód, bo świecę ukręciłem.
        To się w benzyniakach podobno zdarza bardzo rzadko.
        Tak to u mnie wygląda oszczędzanie na mechanikach w stylu “zrób to sam”.
        Na szczęście stary golf to wdzięczny samochód do nauki, wybacza dużo, nawet zupełne wygotowanie płynu z układu chłodzenia :)

  6. no to ja już piszę.
    Dawno, dawno temu, kiedy ludzie mieli takie wielkie kwadratowe, czarno – białe telewizory, to często naprawa polegała na tym, że przychodził taki pan z lutownicą, zdejmował obudowę i lutował z tyłu takie male kropeczki. Czarna magia. Miałam kilka lat i byłam naprawdę przeszczęśliwa kiedy psuł się telewizor, nawet kosztem nieobejrzanej dobranocki, bo wolałam oglądać telewizor od środka.
    Minęło kilka lat, moje życie toczyło się utartym trybem. Miałam nawet swoj własny kwadratowy telewizor w pokoju.
    Pewnego dnia, kiedy rodziców nie było w domu, urządzenie szlag trafił.
    Ale, ale… moje synapsy szybko się połączyły i wydedukowały, że sama naprawię to ustrojstwo. Wygrzebałam z szafy narzędziowej lutownicę, zdjęłam obudowę. Niestety był to telewizor nowszej klasy i nie miał z tylu kropeczek, za to miał kolorowe przewody.
    Dwa tak sobie wisiały (dopiero potem okazało się że powinny tak wisieć), więc postanowiłam że je razem zlutuję. Co też uczyniłam.
    Nastąpiła wiekopomna chwila, kiedy trzeba było podłączyć telewizor do prądu.
    Powiem tak, to że dzisiaj mam nie urwaną głowę jest zasługą tylko i wyłącznie tatusia, który chcąc ukryć kable, wyciął w biblioteczce z tyłu dziurę i umieścił tam gniazdko. żeby cokolwiek podłączyć trzeba było włożyć głowę do szafki.

    W tym momencie kiedy wtyczka zbliżyła sie do kontaktu nastąpiło wielkie BUM. Pokój zrobił się dziwnie niebieski, strzeliły iskry, poczułam niewymowny smród spalenizny, a czarną ścianę musiałam kilka godzin szorować ze łzami w oczach.

    Przez długi czas rodzice nie zostawiali mnie samej w domu, a wszystkie klucze do szafek z niebezpiecznymi narzędziami zniknęły.

    Ot co!

  7. Czuję się wywołana do tablicy :))
    Jako totalne antytalencie technologiczne…
    Z telefonem na szczęście nie miałam przygód…od tego typu spraw mam po prostu 9 letniego Syna…
    Ale poczyniłam kiedyś posta “Jak w 5 minut pozbyć się przeszłości?”… http://szafaskrajnej.blogspot.com/2014/03/jak-w-5-minut-pozbyc-sie-przeszosci.html
    Jeśli to nie wbrew regulaminowi załączam linka..bo trudno mi przenieść kluczowy “obrazek”…historia prawdziwa..niestety..
    pzdr Gosia

  8. Nie martw się, absolutnie nie jesteś osamotniona w swoim upośledzeniu technologicznym! Do tej pory myślałam, że mój przypadek jest raczej niespotykany i jako 24latka nie powinnam publicznie uniżać się do wyznań i opowieści o moim „kalectwie”, ale poczułam się chwilowo ośmielona. Niestety nic nie poradzę, że podczas rozmów mojego narzeczonego ze śwagrem na temat najnowszych macbooków, macphonów i innych macaplikacji, którym brakuje tylko opcji spuszczania wody w kiblu, mam ochotę zapaść się pod ziemię, albo stanąć na wylotówce, złapać stopa i nigdy nie wracać. Kompletnie mnie to nie kręci. Jestem bardzo przywiązana do swojego, jak się okazuje przedpotopowego telefonu który może poszczycić się ledwie funkcją odbierania mmsów i płaczę jak bóbr kiedy niechcący któryś z aparatów utopię. Zdarzyło mi się to dwa razy – bo kto do cholery mógłby przypuszczać, że tylna kieszeń spodni nie jest najlepszym miejscem na trzymanie telefonu? No i cóż.. w jednej chwili zapominam po co do ów toalety weszłam, panika w oczach, wewnętrzne rozedrganie, nur do muszli klozetowej i.. suszenie! Wszelakie modły, koronka do miłosierdzia bożego i wszystkich świętych, sprzedaż duszy diabłu – nie pomaga nic (zdecydowanie nie polecam topić nokii – powiadam wam, nie są wodoodporne!).
    Ale to nic.. pamiętam jak kiedyś śmiałam się bezczelnie z ojca. Kupił sobie biedak pierwszy telefon, z serii tych którym prędzej można było człowieka zabić niż się do niego dodzwonić, a już na pewno nie wydłubanie sobie przy tym oka anteną było ogromnym wyzwaniem, i siedział.. z 200 stronnicową książką na kolanach, przez trzy kolejne dni, studiując jakie to niebywałe rzeczy można było uczynić z aparatem posiadającym niespełna dwanaście przycisków i czarnobiały ekran. Śmiałam się, śmiałam.. i mnie też dopadło. Nie spodziewałam się, że tak wcześnie, ale widać… „mamy teraz inne czasy”. Najbardziej kompromitujące zdarzenie, ze mą w roli głównej odbyło się całkiem niedawno.. Ukochany mój już dobrze wie, że nie jestem osobą, której można byłoby powierzyć jakikolwiek elektroniczny sprzęt, z elektryczną szczoteczką do zębów włącznie, ale pewnego dnia uwierzył we mnie i.. zaryzykował! W zasadzie to tyłka nie chciało mu się ruszyć z kanapy, ale uznajmy że kocha mnie na tyle że pozwolił mi zasiąść do jego bazy dowodzenia nad światem – komputera stacjonarnego. Rzecz w zasadzie błaha – miałam sprawdzić rozkład jazdy PKP, otwieram okno przeglądarki, wpisuję adres.. i.. nagle trach! Nie ma Internetu. Szlag by to trafił, ciśnienie mi skoczyło, że to cholera jasna zawsze musi zdarzyć się właśnie mnie.. Ukochany ręce załamał, ale siła grawitacji okazała się silniejsza i wydawał dyspozycję z miejsca dwumetrowego oddalenia. Cuda wianki uczyniłam, nic nie naprawiłam więc w ramach ostateczności kazał wcisnąć przycisk na ruterze. O jakiż to był błąd! Radość moja była wielka, a jakże.. Internet odzyskałam, pociąg sprawdziłam.. ale po 15 minutach przychodzi przyszła teściowa i pyta czy mamy Internet. Mieć przecież mamy, niczego nieświadomi zajeliśmy się czymś innym i niech ona sobie teraz walczy sama.. po chwili sms od śwagra zza ściany, że też nie ma.. Nie powiązaliśmy sytuacji, wszak zawodność nowych technologii rzeczą normalną, nie nasza broszka. Duży z niego chłopiec, na pewno wie co zrobić – w końcu śwagier :). Niczego nieświadoma, ulotniłam się szczęśliwa do siebie. Dopiero następnego dnia dowiedziałam się, jak to jednym przyciskiem wysadziłam całą sieć domową w powietrze, odciełam od wirtualnego świata teściową, śwagra, siostrę i babke.. a na dodatek – nikt nie wiedział jak to naprawić. Ukochanemu szczęśliwie udało się załagodzić sytuacje i po kilku godzinach walki na noże sieć odzyskać, ale że nie zażądał wtedy zwrotu pierścionka to istny cud..

  9. Historia krótka, trochę straszna, trochę śmieszna, sprzed kilku lat. Mojej przyjaciółce popsuł się telefon; wysłałam jej sms’a i jakimś przedziwnym trafem w polu “nadawca” zamiast mnie znalazł się numer jej byłego chłopaka, który jakiś czas wcześniej zapadł się pod ziemię (chłopak, nie numer).

  10. Nowe technologie są wspaniałe i, jak wiadomo, generalnie ułatwiają życie. W moim życiu zdarzają się jednak tak nieprzewidywalne i niewiarygodne historie (co może zaświadczyć moja rodzina i przyjaciele), że nawet technologie zdają się występować przeciwko mnie. Ale przejdźmy do samej historii.
    Miałem raz telefon z cyklu „nie do zdarcia”. Telefon był solidny i wagę swoją miał. W tamtym czasie był szpanerski, choć dziś określa się go mianem „model obronny”, albo sympatyczniej „cegła”. Z zasady był to telefon nie do zajeżdżenia, spadał z wysokości, nurkował w sedesie, przejechał po nim samochód prawie ciężarowy i wiódł przy mnie żywot niczym kaskader z filmów akcji lat 90-tych. Bateria trzymała bity tydzień a obudowa jakoś zawsze pozwalała się poskładać. Muszę nadmienić, dla tych, co nie wiedzą, że zwą mnie Mario-demolka i nie bez przyczyny, bo słynę z niezwykłego talentu do psucia przedmiotów niemożliwych do zepsucia, łamania metalu i przerywania szkła. Tym większy respekt budził telefon, którego naprawdę nie da się zepsuć, skoro król zepsucia (użyty tu w zupełnie nowym sensie), używa go z powodzeniem przez podejrzanie długi okres czasu.
    W owym czasie w moim domu częstym gościem była Pani Zosia-Zosieńka, serdeczna koleżanka mojej mamy. Podczas, gdy obie Panie zajadały ciasteczka, popijając herbatkę, ja wracałem ze szkół na rowerze. Musicie wiedzieć, że lało wtedy okropnie i waliły pioruny, ale ja, lekkomyślny młodzik, uznałem, że „zdążę przed burzą” i że „będę szybciej niż autobus”. Jak wiadomo, młodość musi się wyszumieć, więc ja, szumiąc na ulewnym deszczu, pędziłem na łeb na szyję, aż koło roweru zatrzymało się w zasranej dziurze (której oczywiście rano tam nie było). Nie przecząc prawom grawitacji, wyrżnąłem łbem o asfalt a z torby wyleciało mi wszystko, łącznie z telefonem, który oczywiście wtoczył się w największą kałużę, tuż obok studzienki kanalizacyjnej. Kratka kanalizacyjna już rozwierała swoją wstrętną paszczę, żeby go pożreć, aż tu nagle – możecie mi nie wierzyć, bo sam sobie nie wierzę, jak to opowiadam – walnął w niego piorun, aż zasyczało i poszedł z niego dym, mimo wody po kolana, w której się znajdował. A co tam, podrapany polik i krew z łokcia, pozbierałem się szybko, rozejrzałem, czy nikt nie widział i pozbierałem rzeczy. Podnoszę delikatnie nieszczęsny telefon i czuję, że chyba przeszedł mnie prąd. Ale telefon nawet się nie rozsypał, leżał sobie jakby nigdy nic w kałuży. Niezłomna bestia, myślę sobie. Lało jak cholera, więc pokopałem w koło, popatrzyłem, czy da się jechać – nawet się dało jako tako, choć koło do centrowania. Jakoś dotoczyłem się do domu, nie wiem jak, ale się udało. Wchodzę do środka, cały mokry, zakrwawiony i wkutwiony, że tak to określę łagodnie, na potrzeby mediów. Pani Zosia-Zosieńka i matka moja wyrodna patrzą na mnie jak na niezidentyfikowany obiekt latający i bezczelnie wybuchają śmiechem. Ratlerek Pani Zosi-Zosieńki, nieodłączny towarzysz życia, też wyszczerzył bezwstydnie zęby i mógłbym przysiąc, że się bydle parszywie śmiało, pod swoim zaślinionym nosem. No nic, przełknąłem tę gorzką pigułkę i poszedłem na górę zrzucić z siebie przemoczone szmaty. Wszystkie szpargały rzuciłem w przedpokoju, łącznie z telefonem nie do zdarcia.
    Nagle słyszę piski, krzyki i lamenty. Schodzę w gaciach samych, bo nie zdążyłem nic na siebie włożyć skromniejszego, patrzę a tu Pani Zosia-Zosieńka ratlerkowi robi usta usta, a moja matka lamentuje wniebogłosy. Co się okazało? Podłe bydle niewiele myśląc poszło grzebać w rzuconej przeze mnie torebce, wyszperał telefon i dawaj za gryzienie. Wtedy, wierzcie albo nie, połechtał go prąd tak nieszczęśliwie, że psina jęknęła i odskoczyła na metr. Matka mówi, że na dwa, ale ona zawsze przesadza o połowę. Wtedy ona i Pani Zosia-Zosieńka rzuciły się bohatersko „psince kochanej malutkiej” na ratunek. Dalej już wiecie.
    Takie to były losy telefonu nie do zdarcia. Od tego feralnego zdarzenia z ratlerkiem nie udało mi się już go uruchomić. Pewnie on też doznał szoku, że coś tak wstrętnego chciało go brać do gęby.

  11. Wibrator działa głośno z ajfonem, szczególnie wtedy, kiedy za płachtą przedzielającą pokój na studenckim wypadzie przypada Ci go dzielić z dziewczyną, której nie lubisz za najcieńszego laptopa w szkole, najnowszy model telefonu, najnowszy model słuchawek. Nic by nie było w tym dziwnego, gdyby ta maniura nie pchała tych gadżetów w publikę, lansując się nową tapetą na makbuku, albo ciągłym odbieraniem telefonów na ajfońcu (a może dzwonią do niej, bo ją lubią? i to ja jestem jakaś inna?).
    Zawadiacki uśmieszek przy śniadaniu i hihy za śmiechami. Słychać tylko pspspspspshehehehehhihihipsps i jej cieniutki głosik…
    aga154@vp.pl
    Agata

  12. Nie wiem, czy jest to historia na miarę zapisania się na kartach internetów, ale pozwolę ją sobie przytoczyć.
    Czas: ta chwila w życiu, gdy jesteś taki dorosły/dorosła, bo idziesz na studia.
    Prócz nadmiernej liczby przypadków z cyklu: “urządzenie podłączone do prądu działa lepiej, niż niepodłączone”
    miałam o sobie dość wysokie mniemanie – tajniki techniki niestraszne mi są! No, może oprócz jednej słabostki: allegro.
    Fajny serwis, ludzie sprzedają i kupują rzeczy, a ja mogę oglądać jak oni sprzedają i kupują. Bo nigdy brońciepanieboże
    jakieś zakupy przez internet! Sprzedawcy tacy nieuczciwi, ceny takie wysokie!
    Czas, jak już wspomniałam – pójście na studia. Wiązało się to z kupnem, drożej lub taniej, jakiegoś laptopa.
    Jako zagorzała przeciwniczka zakupów przez internet ślęczałam godzinami na allegro [sic!], próbując później dopasować obraz
    idealnego-laptopa-znalezionego-na-allegro do rzeczywistej oferty w sklepie. Bez sukcesów. Pytana: “L, a może jednak kupiłabyś przez internet?” zawsze miałam jedną odpowiedź: “Kupić laptopa przez internet? NIGDY!” Po czym kontynuowałam poszukiwania laptopa, niczym Świętego Graala, oczywiście w internetach.

    Udało mi się w końcu znaleźć wymarzony sprzęt, ale coś mi nie pasowało z ceną. Postanowiłam zgłębić temat, nie zgłębiając jednak zasad funkcjonowania allegro. Do dziś nie wiem co mnie podkusiło… Dla zdrowo myślącego człowieka, który opanował podstawową umiejętność czytania ze zrozumieniem i wyciągania wniosków może się to wydać nieprawdopodobne, no ale…

    Oferta “kup teraz”. No dobra, to klikam. Może tam się dowiem jaka jest ta ostateczna cena. Okno do logowania?
    Ok. Wpisuję dane. No, widzę cenę. Ale czy jak potwierdzę zakup to ona nadal będzie taka sama? Potwierdzam. Klik.
    Super, wszystko się zgadza. Ale w sumie to nie muszę kupować tego komputera, może znajdzie się coś lepszego w takiej samej cenie, a ten nie ma gwarancji… Klikam “cofnij”. Nie da się. No to jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze…

    Zanim zorientowałam się, że kupiłam tego laptopa i teraz to już tylko płacz i płać, nie pomoże tłumaczenie “oj tak mi się kliknęło” minęło jakieś 10 minut.
    Zlana potem, z mroczkami przed oczyma biegnę do mej rodzicielki mówiąc: “Mamo, znalazłam laptopa.
    I chyba tak jakby właśnie go kupiłam. Co teraz?”
    Mina mamy – bezcenna…

    I tak już 3 lata żyjemy w zgodzie ze sobą – ja (wcale nie mądrzejsza) i mój przypadkowy “nigdy-cię-nie-kupię-przez-internet”.

    1. Radomska założyła nawet kiedyś konto na Allegro. 2 dni później sama je jakoś zablokowałam iutraciłam dostęp. Moze to i lepiej, kupiłabym jeszcze laptopa… ;D

      1. znajomi do dziś się ze mnie śmieją, a współlokatorka przybiega jak tylko zobaczy, że przeglądam allegro: ej, ale wylogowałaś się? bo jeszcze coś kupisz.. na przykład laptopa..
        ha. ha.

  13. Sytuacja miała miejsce lata temu i wiąże się z moim pierwszym telefonem komórkowym, który miałem już od dłuższego czasu, ale dopiero pewnego „feralnego” dnia dowiedziałem się o nim czegoś nowego. Cóż to za funkcja napiszę później. W okresie tamtym pałałem uczuciem, jakże szlachetnym, do pewnej dziewczyny. Udało mi się nawet zdobyć jej numer telefonu i po dłuższym zastanowieniu zdecydowałem, że najlepiej będzie napisać sms’a. To oczywiście dlatego, iż sama myśl o rozmowie przyprawiała mnie o palpitację serca. Niestety sklecenie kilku słów jakimi uderzę do swojej wybranki okazało się nie takie proste. Siedziałem sobie na kibelku (powiedzcie kto nie pisze sms’ów z wc’eta) z telefonem w ręce i już kilka razy zdążyłem wykasować to co napisałem. Jako, że weny nie miałem i cykor ze mnie postanowiłem dać sobie spokój i opuścić to małe, ale dające mnóstwo prywatności pomieszczenie. W tym momencie zaczyna się horror, bo nie wiedzieć czemu zamiast przycisk „wyjdź” nacisnąłem klawisz odpowiadający komendzie „wyślij”, a że numer dziewczyny był już wybrany sms został wysłany. Pusty sms, bez żadnego tekstu, wysłany, nawet raport dostałem. Po co komu możliwość wysłania pustego sms’a? Jeszcze zapłacić za to trzeba jakby tam coś było. Przez jakieś dwie minuty łudziłem się, że może jednak nie doszedł. Wtedy dostałem odpowiedź (na pustego sms’a), której treść można zamknąć w kilku słowach: kto, co i po co. Musiałem zdecydować: zebrać całą swoją nędzną odwagę i wyjaśnić sytuację, albo udawać, że nikogo po tej stronie nie ma i wyjść na świra. Wybrałem pierwszą opcję.
    Tego dnia dowiedziałem się, że istnieje możliwość wysłania sms’s bez jakiejkolwiek treści, do tej pory nie wiem po co to komu. A jakieś dwa tygodnie później rozpoczął się mój pierwszy związek, który nie sprowadzał się wyłącznie do trzymania za ręce i trwał (wtedy rekordowe dla mnie) półtorej roku. Swoją drogą jeden z lepszych okresów w moim życiu.
    Dziękuję za uwagę i pozdrawiam.

  14. Moja historia jest straszna. Pamiętam swój pierwszy smartfon. Chodziłem z nim wszędzie, czasem nawet do WC. Pamiętam jak pewnego dnia siedziałem na sedesie za potrzebą fizjologiczną. Smartfon nagle zaczął dzwonić. Nie wiem czemu wystraszyłem się. Smartfon wpadł do sedesu. Próbowałem go ratować na wszelkie sposoby, ale to była jego pierwsza i ostatnia kąpiel. Smartfon zamarł po wyjęciu z sedesu. No cóż, ale dobrze że takie rzeczy dozwolone są już z nowymi smartfonami Sony Xperia które są wodoodporne.

  15. Komputer służy mi do korzystania z internetu i minimalnego użytkowania programu Word. Innych umiejętności nie posiadłam do tej pory i czuję, że to raczej się już nie zmieni. Pewnego dnia mój facet przywiózł mi używany laptop swojej siostry z Wielkiej Brytanii. Chciałam błysnąć humorem i trochę go wkręcić i zapytałam czy muszę kupić przejściówki do wszystkich kabli, bo jak wiadomo w Anglii mają inne kontakty, więc pewnie przy sprzęcie komputerowym i tych wszystkich portach USB i innych “dziurach” w komputerze jest tak samo. Mój facet ku mojemu zdziwieniu potwierdził i polecił mi żebym poszła do sklepu z elektroniką i kupiła potrzebne przejściówki. Dumna jak paw, że tak udało mi się trafić poszłam do sklepu i wywołałam u sprzedawcy śmiech przez łzy. Nigdy nie wstydziłam się tak swojej niewiedzy i zanim zastawię pułapkę, kilka razy sama przemyślę wszystko, aby w nią nie wpaść :D

  16. Moja technologiczna ignorancja jest obiektem żartów męża i córki (współczesne dzieci mogą nas wprowadzić w kompleksy).

    Coś mi w głowie zaświtało, jakieś iluminacji doznałam i spytałam ich tonem mądralińskim:

    – Słuchajcie, jak zdefragmentuje się dysk komputera, to potem działa szybciej i sprawniej. Czy można zdefragmentować telefon?

    – Tak. Telefony, a zwłaszcza smartfony, DEFRAGMENTUJE się, rzucając nimi o podłogę – rzekł poważnym tonem mąż i wymienił z córką porozumiewawcze spojrzenia.

    Tak, Radomska, domyślam się, że nie rozumiesz co w tym niby śmiesznego, ale dla kogoś, kto się na temacie zna to jest śmieszne. Dla mnie też nie było, dlatego szybko zmieniłam temat.

    – O, aplikacja „Moja waga”. Zainstaluję sobie, ciekawe jak działa, pewnie oblicza BMI – powiedziałam niby do siebie, żeby pokazać, że mam luz, bluz.

    – Nie, to jest taka waga wbudowana w telefon – rzekł mąż, któremu zawtórowała córka, dodając uprzejmie:

    – Musisz, mamo, stanąć na telefonie: jak przetrwa, znaczy, że masz prawidłową wagę. Jak połamie się lub pęknie, znaczy, że ważysz za dużo.

  17. To było rok temu.Kolega za 2 tys kupił sobie latającego drona sterowanego za pomocą tabletu.Chciał abym poszedł z nim do parku go wypróbować.Oczywiście się zgodziłem.W parku po włączeniu mój przyjaciel zaczął nim sterować przeginając tablet na lewo i prawo i samolocik zaczął w powietrzu robić piękne ewolucję do czasu kiedy to ja przejąłem stery.Na początku szło mi swietnie aż do momentu kiedy to dron zatańczył nad głową jakiejś kobiety ktora spojrzawszy się do gory tak niefortunnie się cofneła z krzykiem iż wpadła do parkowej fontanny wypełnionej po brzegi wodą.Widok był niesamowity gdy w sekundzie zza murka wystawały tylko nogi uniesione do gory gdyż reszta ciała była zanurzona.Wszyscy co stali obok parskali śmiechem i nikt nie pomyślał aby pomóc tej biednej kobiecinie.W konwulsjach śmiechu nie miałem innego wyboru jak szybko wskoczyć do fontanny i pomóc tej nieszczęsnej kobiecinie która z pewnością wypiła sporą ilość wody z fontanny niczym słoń w Oazie.Po wyjęciu naszego biednego topielca ukazał mi się widok którego nie zapomnę chyba nigdy.Otóż przedemną mokra jak kura stała ciocia a dokładnie siostra mojej mamy a ja nie mogąc wydobyć z siebie słowa bo nie wiem jakim to cudem język z wrażenia mi zesztywniał niczym sopel lodu stałem jak sztywny pal Azji nie wiedząc czy się śmiać czy płakać..Teraz po czasie wiem że moja twarz zamiast ze wstydu się zaczerwienić,była purpurowo fioletowa .Oczekiwałem wtedy prawego sierpowego gdyż wiedzialem co ciocia potrafi ale na moje szczęście skończyło się na obopólnym wybuchu śmiechu. skorpionik8@tlen.pl

  18. Moja straszna historia zwiazana jest wlasnie z tym smartfonem… Xperia Z1 Compact.
    3 dzień odkąd go ma, idę ze znajomymi na plażę.
    Wodoodporny – mówili,
    idź do wody – mówili,
    nagraj filmik pod wodą – mówili,
    jak się coś stanie, odkupimy – “nie mówili”.
    No to poszłam. Okazało się, że nie jest wodoodporny na słoną wodę, ale tylko na słodką. Wiem wiem, że dla niektórych to logiczne, ale ja nie miałam pojęcia, że słona woda może zabić jakieś tam styki etc. moją, nową, kochanę Xperię….
    Pozdrawiam, morderca telefonów, Amelia.

  19. To bylo jakieś 5 dni temu. Od rana wlaczam laptopa, bo mail mialy przyjść arcywazny, z grafikiem. Zasiadam zadowolona z kawą, wciskam przycisk i… pojawia się nazwa producenta laptopa na ekranie, czekam, czekam, pół kawy wypiłam, a tu czarny ekran. Wyłączam i włączam i znów to samo. Przybiega syn i już widzę po jego minie, że wie o co chodzi. Przebiera kopytkiem po ziemi i i po cichu mówi “Mamo ja wczoraj grałem na laptopie”. Po czym robi zwrot, a że macha rękoma to co się dzieje? No co? Reszta niedopitej kawy wylewa się na klawiaturę. Myślę sobie ” No to zaje… dwabiście”. Ale nic to tylko laptop. Mija jakiś czas, około 2 godziny, siedze sobie ze smartfonem i oglądam zdjęcia, które straciłam na laptopie. Odkładam go na kanapę i akurat w tym momencie syn przybiega i siada… na smartfona. Szybka pęka ale telefon działa. Tylko moje wkurzenie się podwyższa. Wychodzi my na spacer ja, Młody i Mloda. Dzwoni mąż akurat w momencie kiedy walc że z zapięcie w wózku. Wiec odbieram i przytrzymuje telefon ramieniem. Nagle trach i smartfon ląduje nachodniku, szybka pęka do końca, a razem z nią ekran wewnętrzny. Do końca umowy pół roku, naprawa 250 zeta. Pożyczam od Mlodego telefon, model z funkcja samoobrony ( ale polifoniczne dzwonki ma :) ). Ale nie myśl, ze to koniec. Po południu lasagne mi się zachcialo. Kupiłam w sklepie z owadem w szyldzie, wracam do domu i wrzuca ja do mikrofal i i nagle bum, iskry i cisza. Bo oczywiście zapomnialam, ze talerzy ze srebrnym obramowaniem się do mikrofali nie wstawia. Tym sposobem popsulam mikrofale. A na dobre zakończenie dnia, wieczorem właczam pralke, pranie się kończy, macam, obmacuję, a pranie zimne chociaż prane w 90 stopniach. Pralka kupiona pół roku temu. No i co? Poszła grzałka. Poziom wkurzenia osiągnął zenit kiedy po wyjściu z łazienki zdepnęlam zabawkę edukacyjną Mlodej, która w tamtym momencie przestala dzialac. Wiec smutny bilans 5 popsutych urządzeń jednego dnia. I jak tu żyć :):)