Takie chwile nie zdarzają się często. Nie jestem w pracy, nadrobiłam największe poślizgi w zleceniach. Siedzę ze słuchawkami w uszach, z, trochę wyeksploatowaną tekstami dla kogoś, głową. Jednak czuję, że należą Ci się wyjaśnienia. 

Blog to od dawna nie miejsce rejestrowania zdarzeń, pisania na siłę, by podsycać ciekawość i rozpalać statystyki. Piszę, kiedy uważam, że to, co chcę przekazać jest zabawne lub ważne. Piszę, kiedy mam siłę. Nie odkładam snu na potem, bo wiem, że nikt mi go nie odda, a żadnego potem nie będzie. Zapamięta to mój organizm i przypomni mi, kiedy będę musiała stanąć na baczność, a on powygina mi kikuty na lewą stronę w gestach niemocy i bezradności.

Jest dobrze, jest pięknie, jest strasznie. Żyję z pisania, a przez to moje życie wokół pisania się kręci, no i rodziny. Blog stał się luksusem, na który brakuje czasu. Nie martw się, zostanie, ja wrócę, sprawdziłam kilka razy, że nie umiem bez niego żyć. Żadnych zapowiedzi, że koniec ze mną, oczekiwań komentarzy w których ktoś błaga, bym została, nie będzie.

Jestem już troszkę za duża i za stara na udział w peletonie o lajki. Nie kręci mnie to, nie będę stylizować dziecka, by ktoś uznał, że jest ładne. Poświęcać kwadransu ze swojego życia na dodawanie filtrów rzeczywistości, by przekonać kogokolwiek, że jest ładniejsza, niż cudza. Przekonywać siebie i Ciebie, że jest śmiesznie, kiedy śmiesznie nie jest albo moralizować, kiedy sama mam ochotę wystawić mądrym głowom gołe dupsko, też mi nie przystoi.

Od jakiegoś czasu działam na wersji demo. Mam wgrany schemat gestów, zachowań i zdań, na tyle rozbudowany,że nikt nie zorientuje się, że cokolwiek zgrzyta w oprogramowaniu. Mam wszystko, o co walczyłam i mam to właśnie dlatego, że walczyłam tak wytrwale i się staram – żyję z pisania, pracuję też na etacie, piszę do Ciebie te słowa siedząc przy starym, dobrym stole z Ikei, który jednak od kilku miesięcy stoi w moim nowym salonie. Tyle rzeczy się udaje, tyle dobra mnie spotyka, że powinnam piszczeć z radości. Tyle, że tego nie uwzględnia wersja demo.

Ktoś, kto jest ze mną dłużej, być może skojarzy tekst sprzed 4 lat. O podstępnej szmacie, której rzuciłam wyzwanie. O tym, co mi zabrała, co zniekształciła, do czego zmusiła, co uniemożliwiła. Depresja. Tekst chwycił jak promocje za centa na chińskim allegro. Pierwszy raz ludzie wysyłali mi zmasowane historie swoich doświadczeń. Miałam dźwignąć swoją i jednocześnie pobawić się w mędrca i doradzić innym. Zaczęły zgłaszać się programy śniadaniowe, Odeta Moro koniecznie chciała przeprowadzić ze mną wywiad na potrzeby Onetu. Wycofałam się. Wystąpiłam raz, powiedzieć nieśmiało, że depresja to nie tylko leżenie i patrzenie w sufit, że osoby z depresją mogą robić dużo więcej, niż te zdrowe. Tyle, że z poczuciem winy i świadomością, że coś w nich nie gra. I nie cieszy.

Tematu nie poruszałam już nigdy później, a w ramach przenosin bloga, usunęłam tamten tekst. Nie chciałam być tą od choroby, tylko tą od pisania i zaczęłam porządkować swoje sprawy w obrębie głowy i prywatnego życia, a nie internetu. Polecam to podejście, jeszcze mi nie pomogło, ale chyba działa lepiej niż lajki pod smutnymi statusami, czy emocjonalnymi wpisami.

A więc tak. Leczę się już prawie rok. Jestem pod opieką fajnej psychiatry. Rozpoczęłam też terapię, ale moje życie to materiał na serial National Georaphic. W kluczowym momencie, kiedy już wydawało mi się, że widzę przed sobą prostą, kiedy nie tylko mądrze umiałam mówić, ale i zaczynałam myśleć,mój terapeuta zmarł. Kozak człowiek był z tego Pana Witka. Tu na górze jest tak wiele bez sensownych rzeczy, że wezwano go pewnie do góry, żeby przeprowadził terapię głównemu zarządcy, bo sami przyznacie, że wymaga zmian, skoro pozwala na to wszystko, co dzieje się na naszym łez padole.

Było już całkiem nieźle, jednak zmiana recepty zmusiła mnie do działania na wersji demo. Nie raz miałam ochotę napisać Ci, jak to jest być na dropsach, w trochę bardziej rozbudowany i pełny sposób niż możesz to przeczytać na forach. Wejście w swoją własną głowę to niesamowita przygoda i źródło potężnych inspiracji. Tylko moje ręce nie mają siły jeszcze ich dźwignąć i najchętniej zasłoniłyby mnie całą przed światem.

Nie proszę o zrozumienie, ani o wsparcie. Nie użalam się, bo tak, jak osoba z chorym sercem potrzebuje kardiologa, tak ja, muszę zrobić porządek ze swoją chorobą. Wierzę, że to przejściowe, że lada dzień, lada miesiąc, zacznę mówić i myśleć jasno, zacznę marzyć o czymś więcej niż sen i przestanę czuć dyskomfort wynikający z konieczności zrobienia czegokolwiek, choćby herbaty.

W tym procesie nie potrzebuję jednak widowni, wybaczcie, bo wyrosłam już z zamiłowania do takiego ekshibicjonizmu. Jeśli w jakiś sposób radomski surrealistyczny tekst o tym, co aktualnie się dzieje, może się Wam spodobać, napiszę, ale już “po” i na trzeźwo.

Mój nawrót idiotycznie nakłada się na udzielenie przeze mnie krótkiej wypowiedzi do jednego z kobiecych magazynów. NA temat owego comming out sprzed kilku lat. Pani redaktor pytała, czemu wtedy to powiedziałam, napisałam i co to zmieniło.

Wówczas miałam dosyć udawania i liczyłam się z ryzykiem, że ludzie się ode mnie odsuną. W depresji jednak towarzystwo innych jest mi potrzebne jak cukiernia na trasie biegacza. Przyznanie się, że tak – ktoś, kto dużo gada, robi hałas, bryluje w durnych żartach, też może być chory, miało obalić stereotyp, a mi przynieść ulgę. Stereotypy mają się dobrze, ulga pomyliła adresy i nie dotarła. Ale choroba wyposażyła mnie w czujność i zawsze doszukuje się w ludziach prawdziwych motywów zachowania. Wtedy byłam też jednak studentką bez zobowiązań. Dziś jestem dorosła i odpowiedzialna nie tylko za siebie. Tak samo podchodzę więc do choroby. Miałam nadzieję, że szmata, depresja, się obrazi na dobre, za to, że nie doceniam jej miłości do mnie i utrudniania mi funkcjonowania, ale darzy mnie miłością beznadziejną ślepą, najgorszy typ psychofanki, której tak serio nigdy nie miałam i raczej się nie dorobię. Znów muszę ją wykopać, wspomagana dropsami jak Papaj szpinakiem. Nie po to zmieniałam mieszkanie na większe, żeby się panoszyła menda po pokojach. Nie dorzuca się do czynszu, do kredytu, nie odkurza, nawet zmywarki nie opróżnia, więc niech spierdala na drzewo.

Nie martw się o mnie, dojdę do siebie. Dziś zrobię nawet pierwszy od dawna trening i zrelaksuję się z książką. Nie współczuj mi, bo czuję się winna. Nie kpij, bo ta szmata nie wybiera i nie puka do drzwi, w każdej chwili może z z buta wkroczyć do Twojej głowy.

A jeśli Ty już czujesz, że coś jest nie tak, że świat jakby przygasł, a wszystko jest takie trudne, jakby ktoś przykleił Ci do głowy i kończyn 10 kilowe ciężary, to nie marnuj czasu na wysyłanie mi wiadomości i dzielenie się zwierzeniami. Zgłoś się po pomoc, bo tu nie chodzi o znalezienie zrozumienia, a wyleczenie.
Będę podrzucać Wam moje teksty na fb, bo ciągle piszę i pracuję dla innych (skądś trzeba brać hajs na leki, nie?). Tu wrócę, kiedy nabiorę sił i się wyliżę. Żarty notuję  w kajecie, ale teraz jestem trochę niepoczytalna, wolę na trzeźwo zerknąć, czy serio są zabawne, żeby się nie wygłupić. Mogę się leczyć psychiatrycznie, ale rzucania nieśmiesznymi żartami nie przeżyję!

Na razie jeszcze jest tak:

Ale będzie tak, wierzę i będę klaskać jak u Rubika:

Trzymajcie się tam, czytelnicy moi. I za mnie, kciuki. Do poczytania, oby niebawem. W razie czego: radomska@mamwatpliwosc.pl

40 komentarzy
  1. Przerabiałam to kilka miesięcy temu… Jednego dnia w ogóle nie wychodziłam z łóżka, bo nie widziałam w tym żadnego sensu, a nazajutrz potrafiłam na pozór normalnie spotkać się ze znajomymi. Wizyty u psychiatry i kolejne recepty bardzo mi pomogły, z czasem nauczyłam się też głośno o tym mówić i… dopiero wtedy poczułam prawdziwą ulgę.

  2. Ale wiesz, to jest bardzo potrzebny tekst. Ja z tych łajz, co siedzą w bagnie od lat, ale jeszcze nie wiedzą co / boją się cokolwiek zrobić. No i ok, w internecie jest mnóstwo (nawet szczerych) tekstów o tym, że dobrze jest pójść po pomoc, bo potem jest tylko lepiej, szczęście, tęcza, jednorożce, koniec z chorobą, sratytaty. A taka łajza jak ja zaraz myśli, że przecież to niemożliwe, żeby tak o się odważyć i to już zmienia wszystko w głowie i w życiu… i już. Podstęp to jest na pewno. Bajka jakaś. Albo wyczyn, który się takiej łajzie jak ja nie uda na pewno, więc lepiej nie próbować bo po co komu kolejna klęska. No. Nikt nie pisze o tym, że to wszystko trwa i w tym czasie bywa też gorzej.

  3. Trzeba oswoić tą szatę, widzieć że nigdy do końca nas nie opuści, zawsze czyha, … Trzeba żyć….

  4. Chyba zakochałam się w Twoim stylu pisania. Cholernie rozczuliłaś mnie tym tekstem. Nigdy nie miałam depresji, ale w sumie tkwiłam na jej skraju, będąc przez 8 lat w beznadziejnym związku. Wyplątałam się z tego na szczęście w porę i za Ciebie również trzymam kciuki, żeby wszystko całkowicie wróciło do normy. Jestem tu po raz pierwszy, ale z ogromną przyjemnością będę Cię obserwować, bo oczarowałaś mnie tym tekstem. Pozdrawiam gorąco

  5. Hej Olu,
    Jesteśmy tutaj, chociaż tak naprawdę, tak dla Ciebie, nas nie ma. Jesteśmy tylko cyfrową statyskyką i kolejnym odsłonięciem na Twoim blogu, ale to dobrze. Nie potrzeba Ci setek głosów w głowie, żeby mówiły Ci, że wszystko będzie super i słodziaśnie. Ty wiesz swoje. A my jesteśmy tutaj, byliśmy i wciąż będziemy, tego możesz być pewna.

    Poczekamy, będziemy tęsknić.
    Wiem jak to jest, a także, że nie zawsze musi tak być.
    Olu kochana, poczekamy.

    PS. Nie ma czegoś takiego jak “powrót do normy”… Sama wiesz, że norma to statystyka, a ona sama jest największym kłamstwem w historii ludzkości ;) Dużo siły, dużo wiary!

    Pozytywne myśli wysyłam w Twoją stronę niczym szalonego różowego jednorożca, nie odlatuj na nim tylko!

  6. Żadnych tłumaczeń! Dajesz więcej niż myślisz:-) Czas na Ciebie,czas dla Siebie.Dasz radę,wracaj czym prędzej bo źle bez Ciebie:-)

  7. Poprostu pisz kiedy masz ochotę i siłę, już dawno przestałaś pisać dla nastolatek a kobiety to rozumieją i tak będą wracać do Ciebie, trzymam kciuki i czekam za następnym tekstem nieważne czy będzie lekki czy do pomyślenia

  8. Dwie próby przejścia” na stronę Twojego Pana Witka ” mam za sobą. ..potem leczenie.. tabletki ,po których ludzie chodzili po ścianach, a mnie tylko lekko uspokajaly . Fajna psycholog która tylko w 6 spotkaniach poukładać mnie na nowo. Na długi czas…Działo się wiele.. Jestem , albo może byłam dzieckiem maltretowanym. ..chyba jednak nadal jestem bo z tego “dziecka” się nigdy nie wyrasta. Odechciało mi się żyć przez ojca… i to bardzo odechcialo. Iza- psycholog nauczyła mnie zrozumieć swoją niedoskonałość, niedoskonałość innych. I ha zaakceptować. Nauczyła wybaczyć ale nigdy nie zapomnieć. Bo dzięki temu mogę sobie wybaczyć ze jestem chora. Z tą szmatą będziesz związana do końca życia. ..zawsze jak pomyślisz ze wzięłyscie rozwod i się wyprowafzila. ..ona znów z walizkami rozsiadzie się w salonie… Kiedy wydaje Ci się ze umiesz ze szmatą rozmawiać i ja okiełznać pokaże Ci środkowy palec i język. Czym bardziej wydaje ci się ze jest dobrze….tym mocniej zaatakuje. Az boje się być szczęśliwa.

  9. Trzymaj się. ..daj głowie odpocząć. ..wybacz sobie ze nie jesteś idealna ..poukładana ..ze nie masz wystylizowanego dziecka…burdel w domu…WYBACZ SOBIE… do wszystkiego masz prawo… bo tak i huj! Nie tłumacz się… nie planuj… zrób wolne od świata. Kocham Cię za teksty.. dlatego dziękuję i sciskam

  10. jesteś wspaniała i pelna odwagi. Myślami jestem z Toba. Swoja wspaniałą osobowością pokonasz szatę. Do boju 😊

  11. Walczyłam wiele lat by nie brać psychotropów. Zrobiłam 6 lat terapii przekonana że już nigdy nie wróci złe. Naiwniaczka. 2 miesiące temu trafiłam do psychiatry po banalne zaświadczenie, wyszłam oszołomiona informacją, że olewając głupio napady depresji powtarzające sie od dziecka, dorobiłam sie wersji przewlekłej.. i jeśli teraz nie zacznę brać prochów to podejmę skuteczną próbę samobójcza. Aha… przy takim zaniedbaniu prognoza mówi o nawet 5 latach leczenia bezwzględnego. Z gabinetu wyszłam załamana i z receptą. Teraz po 2 miesiącach i podwyższeniu dawki jest w porządku. Za to do tego samego lekarza trafił mój partner, z tym samym. Był mi wsparciem całe lata, a teraz gdy ja się dźwigam, on potrzebuje mojego wsparcia.
    Bywa trudno. Ale mamy 3-latka w domu. Chcemy żyć.

  12. Radomsko, chciałam tylko napisać, że dajesz innym powera…bardzo, naprawdę. Wczoraj w nocy wypadł mi ząb, już lata temu naprawiany i wymieniany, i wziął i wypadł, a ja sama z dwójką maluchów w domu, małżonek w UK, resztki wypłaty na koncie i płacz i zgrzytanie resztką zębów, bo co robić? bo przecież to 1-dynka, a jutro w przedszkolu córa ma konkurs recytatorski i jak nie być? a jak iść bez zęba?jak w ogóle iść dziś po nią do przedszkola? BEZ ZĘBA? od rana siedziałam i płakałam, że znikąd pomocy i żem szczerbata i przeczytałam Twój wpis, szczerbato się uśmiechnęłam, zadziałałam , pomogła sąsiadka, która została z drugim maluchem i teraz już ząb osadzony (trwale mam nadzieję), a ja chciałam Ci to opisać i podziękować… i tak sobie pomyślałam, że z Twoją depresją, to jak z moją jedynką – atakuje znienacka i podcina nogi. Ja wiem, że się nie dasz, po prostu wiem!

      1. Kochana! spokojnie wystarczyło :) bo okazało się, że nie trzeba wszystkiego robić od nowa, ale rozwaliłaś mnie… tak naprawdę najgorsza w tym była taka moja bezradność – że trzeba się ogarnąć, zadzwonić, załatwić, a ja – niestety – mam tak, że czasem załatwiam wszystko od razu, z tak zwanego “kopa”, a czasem przez 3 dni zbieram się z durnym telefonem żeby np. umówić córkę do logopedy i po prostu nie mogę, bo niemoc totalna… i szczerze: strasznie mi pomaga Twój blog, bo dostaję tego powera właśnie, za co raz jeszcze dziękuję i uściski przesyłam!

          1. no patrz jaka u nas wzajemność! bo ja też :) trzymaj się kochana, odpoczywaj i po prostu: bądź!

  13. Trzymam kciuki, pamiętaj, że masz tu wiernego czytelnika, czytam wszystko, choć z opóźnieniem, nie komentuje ostatnio prawie nic, bo i nie mam nic do dodania, albo czytam na tyle późno, że dochodzę do wniosku, że to bez znaczenia.
    Wierzę, że dasz radę, bo masz dobry powód. NIestety rację ma Anna z 4 maja 2016 w 08:49: “zawsze jak pomyślisz ze wzięłyscie rozwod i się wyprowafzila. ..ona znów z walizkami rozsiadzie się w salonie… ”
    Jak pisałaś, że Lenka daje ci kopa do zycia, to sie tego obawiałem, że to nie na zawsze, ale nie pisałem, żeby nie zapeszyć…

    Piszesz, że: “Przyznanie się, że tak – ktoś, kto dużo gada, robi hałas, bryluje w durnych żartach, też może być chory, miało obalić stereotyp, a mi przynieść ulgę. Stereotypy mają się dobrze, ulga pomyliła adresy i nie dotarła. Ale choroba wyposażyła mnie w czujność i zawsze doszukuje się w ludziach prawdziwych motywów zachowania.”
    No cóż, ze stereotypami nie wygrał nawet Robin Williams. Co do czujności, to też tak mam – ale pamiętaj, co sama kiedyś pisałaś, że powód nie zawsze ma znaczenie, bo i tak wszyscy robią wszystko z egoistycznych pobudek (cytuję z pamięci :)).

    A ja mam do Ciebie jedno pytanie, w sumie raczej retoryczne – czy Ty przypadkiem nie przeciążasz się?
    Oprócz bycia matką mocno wyczerpującego dziecka i trzymania w kupie całego domu (z doświadczenia obstawiam, że to Ty dzwigasz większość tego cieżaru, bo statystyczna kobieta, a juz zwłaszcza matka to ma we krwi. I nie ważne jak słodki to cieżar), intensywnie pracujesz w 2 pracach – i na etacie i pisarsko. Naprawdę zastanawialo mnie jak dajesz radę czasowo, nie mówiąc o znajdowaniu sił.
    I jeszcze dzwigasz ciężkie tematy i ludzkie historie. Bo i masz jeszcze talent do spotykania wyjątkowych ludzi (i brania ich problemów na klatę. Znowu próbujesz ratować świat), co widać po ostatnim tekście o dziewczynie spotkanej w poczekalni.

    Tak więc podjęłąś słuszną decyzję, żeby zdjąć z siebie trochę tego mantla i odpuścić pisanie na blogu (ale czekam na powrót, jak dasz :)).
    Zwal więcej roboty domowej na męża, wyśpij się, na ile córka pozwoli… bo wiem po nas, że przemęczenie i przepracowanie dokłada swoje do pogorszenia stanu psychiki (ale leków nie odpuszczaj).

    A jak potrzebujesz niezależnego, bezstronnego i obiektywnego słuchacza do autopsychoanalizy, to nie krępuj się i pisz na maila. :)

  14. Ale to niesamowicie wredna szmata jest! Leję się z nią po pysku dobre parę lat, ale oprócz leków potrzebna jest wielka siła, samozaparcie, dużo miłości, spokoju i powodów do radości, ale wraz podkopuje, pogryza. Chyba zadusiłam, przez długi czas była cicho.
    Ale niech tylko noga się podwinie, coś pójdzie nie tak, nieszczęście się zdarzy, to pierwsza biegnie by dokopać, dołożyć, dobić! Jestem tydzień po poronieniu i tylko warczę i wrzeszczę, by się nie zbliżała! Przetrwam bez niej! Nie uwierzę znów, że nie mam po co żyć, że wszystko jest bez sensu, nie położę się i nie będę płakać i spać spać aż usnąć na zawsze. Wstanę. Ba, nawet się nie kładę, jedynie na noc, na zdrowy sen.

    Też jestem Ola, mgr filologii polskiej pracujący na etacie (oczywiście nie w zawodzie), “matka z wpadki” cudnej Lenki, dla której przez 2,5 roku noc przespana była czymś nieosiągalnym (teraz ma 4 lata i mądrością i dobrocią rodziców przewyższa).
    Nie daj się, Ja też się nie poddam.

  15. Aby wyjść z depresji trzeba mieć kogoś mądrego przy sobie Nie koniecznie to musi być psychoterapeuta. Koniecznie jednak trzeba poznać źródło problemów .Czytałam kilka Twoich wpisów i wydaje mi ,ze Ty znasz podłoże ale nie chcesz się z tym pogodzić .Są sprawy na ,które nie ma ratunku .Jedyna możliwość aby zmienić swoje życie to przewrócić do góry nogami .

    1. Kilka wpisów to troszkę za mało, aby twierdzić, że się kogoś zna, nie sądzisz, Droga Obserwatorko? Przyczyny są już zdiagnozowane, a pogorszenie mojego zdrowia wynikało ze zmiany leków. Dziękuję za troskę, jestem pod dobrą opieką.

  16. Znam kilka osób co chorowały i nic im niestety z tego nie wyszło. Moja znajoma wyrwała się ze schematu terapii jej chłopak wziął ją na szaloną wycieczkę. Wzięli razem urlop i zrobili coś szalonego. Odstawiła leki na ten czas. Było to dość ryzykowne działanie, ale po tych 10 dniach wróciła odmieniona pełna energii udowodniła sobie, że może coś zdziałać bez leków i póki co ich nie bierze. Po prostu czasem trzeba sobie postawić wysoko poprzeczkę i skupić myśli na tym działaniu. Życzę zdrowia

Napisz komentarz:

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.