Będę to powtarzać do znudzenia – okres przygotowań ślubnych to jeden z pierwszych, krwawych testów na trwałość relacji w związku. Nie da się ukryć, że bycie mężatką to szalenie ważna nobilitacja, szczególnie w oczach sąsiadek, cioć oraz proboszcza, których głos w naszej głowie powinien wybrzmiewać doniośle i niezmordowanie. Dziś już coraz lepiej rozumiem, dlaczego ludzie brali śluby dwa tygodnie po zawarciu znajomości. Tak nakazywał im instynkt samozachowawczy i walka o przetrwanie. Mówię to ja, narzeczona od ponad 2 lat.

Żeby ułatwić sobie życie i uniknąć przyjmowania leków uspokajających warto uzmysłowić sobie parę faktów. Pierwszy mówi o tym, że ludzie się nie zmieniają. Ich upierdliwych nawyków nie da się wytępić nawet muchozolem i nie zatuszuje ich żaden odświeżacz do stóp. Remedium na to zjawisko byłoby wybranie sobie małżonka już w piaskownicy, przejęcie go z rąk przyszłej teściowej i wychowanie wedle zasad ułatwiających nam codzienne funkcjonowanie. Rzecz działa oczywiście także  w drugą stronę, warto aby facet już w piaskownicy wiedział, jak wymagający skarb czeka, aby objąć go swoim czułym i stanowczym ramieniem, co by  potem nie marnował czasu na wyrażanie niezmordowanego zdziwienia w czasie wypadów na piwo z kolegami.
No dobrze, może komuś z Was udało się dorwać towar zupełnie nieśmigany, z kożuchem od mleka pod nosem i okres Waszego docierania przypadł na wczesne przedszkole, gdzie wojnę była w stanie zakończyć szybka wymiana karteczek i pokemonów. Im dalej, tym trudniej.

Skażony innymi związkami dorosły człowiek ma niestety wadę, która zwie się charakterem i świadomością własnych potrzeb. To niesamowicie utrudnia przekonywanie go do swoich racji. Mój egzemplarz obrastał już w zasadzie kurzem. Ulepiony z perypetii różnorakich i miłości niezmordowanie się wtrącającej teściowej jest jako pomnik ze spiżu, niewzruszony na moje nieustające prośby o niewypychanie zlewu brudami i nie podrzucaniu czarnych skarpetek do bębna z białymi rzeczami.

Nie ukrywam, jest ciężko. Nawleczony nie taki pierwszy lepszy, bo też migusiem wyczuł, że letko to nie będzie i od razu, zanim zdążyłam policzyć siły na zamiary, mnie zaklepał, zaręczył i zapłodnił, co by miłość naszą, że tak powiem, utrwalić. Zalać żelbetonem. Pozostaje mi stać nieruchomo, trzepać nadpobudliwie jęzorem i łapami i powtarzać sobie “że przecież kocham, nie mogę zabić”.

Życie z Radomską to też ramówka z National Geopraphic i pełnia przygód.  Nawleczony nigdy nie wie, czy po powrocie czkea go obiad, odkurzanie, buziak, czy opierdol i nie raz przebąkiwał o założeniu o tym bloga. Adrenalina sprawia, że nie grozi nam typowa dla związków z kilkuletnim stażem stagnacja, nuda i rutyna. Zawsze jest powód, aby zrobić awanturę o coś nowego, wywlec sobie brudy do piątego pokolenia, żeby potem Nawleczony mógł podejść do bordowej z wściekłości mnie z tekstem “nie kłóćmy się, daj buziaka”, w chwili w której jedyne co mogę dać, to sobie spokój i jemu kopa.

Życie nasze to nieustająca kaskada wzniesień i upadków. Z dwunastokilowym obciążeniem w postaci radosnego potomstwa, które w chwilach najgorszych łapie nas za szyje jak bezradne pacyny i zmusza do godzenia i pocałunków wrzeszcząc “Nu nu!”, a potem skacząc nam po kręgosłupach tak zaciekle, że szybko zapominamy, co nas bolało, bo za bardzo boli już dosłownie wszystko.

Jak przetrwać przygotowania?
Kluczowym elementem jest olewanie. Ignorujemy sromotnie od 2 lat wszelakie dedlajny, w związku z czym aktualnie pozostał nam czas tylko na to,co naprawdę niezbędne. Stosujemy także metodę nieprzejmowania się pierdołami- nie oczekujemy, że w tym dniu zastępy aniołów będą nam śpiewać przebój Ivana Komarenko, Słońce wyjrzy łaskawie pomyskać nas po licach,  a wiązanka będzie miała stosowny kolor. Z góry olaliśmy to, na co nie mamy wpływu, bo nie mamy na przejmowanie się już czasu. Cokolwiek się nie zdarzy to i tak będzie dla nas niesamowity dzień. Chociażby dlatego, że do niego dotrwamy i się wcześniej nie zabijemy. Dziś już lepiej rozumiem sens słów “Zakochani patrzą w jednym kierunku!”. No ba, patrząc sobie w oczy za łatwo można je wydrapać.

Dlaczego decydujemy się na ślub?
Pytaniem odpowiadam na pytanie- dlaczego mamy mieć lepiej niż inni? Dlaczego nawleczony ma łudzić się, że kolejnym razem, kiedy znów trzasnę drzwiami jednak naprawdę nie wrócę? Wiem już o Nawleczonym niemal wszystko i dalsza chęć wstąpienia w związek małżeńskim jest tylko niezbitym dowodem mojej miłości przecież.
Jesteśmy już coraz starsi. Nasza potencjalna atrakcyjność matrymonialna maleje, wraz z rozmnożeniem zapewne do zera. Przeszliśmy razem tyle, że nikt nowy, z kim byśmy się związali,by nie uwierzył. Codzienność wymaga od nas tyle pracy, że nie mamy siły spieprzać,gdzie pieprz rośnie. Poza tym bawi nas to samo i większość ludzkości tego nie rozumie. I wkurwiają nas w sobie nawzajem dokładnie te same rzeczy, których nie potrafimy dostrzec i zwalczyć u siebie.Chcemy stałości. Tego, że ja nadal nie będę odkurzać i ścierać blatów, tego,że Nawleczony nigdy nie nauczy się parować skarpetek i zawsze “uprzątnąć” będzie dla niego oznaczało upchnąć nogą w szafie i nie otwierać jej nigdy więcej, bo zechla.

On niech już zawsze całuje mnie po brzuchu i wybiera bułki z największą ilością kruszonki, kupuje pączki, których nie znoszę i zapomina o mleku do kawy. Niech zawsze mówi mi dobranoc i dzwoni kilka razy zapytać co słychać. Będzie nieznośny niewyspany i umierający z tęsknoty kiedy nie widzi mnie trzy dni.

Ja już zawsze chcę być dla niego Radomską. Chyba wystarczy, nie?! Ponoć zadaniem kobiety jest stworzenie domowego ogniska. Moje płonie jak żywa pochodnia podsycana benzyną. A jak tam u Was?

:)

14 komentarzy
  1. Jak by to powiedzieć – z przyczyn różnych brałam dwa śluby, oddalone od siebie w czasie i przestrzeni o 3 lata:P I oba z tym samym facetem :P Za moment minie 7 lat jak się jeszcze nie zamordowaliśmy więc chyba nie jest najgorzej.. A skarpetki nie do pary, nie wrzucone do kosza pranie, albo koszule wisząc na zewnątrz szafy zamiast w niej… Zakładam, że nawet jak będziemy po 80 to te same nawyki nam zostaną. Nic nam innego nie zostaje jak tylko obrócić to w żart…

  2. Świetny tekst. Aż przypominaja się własne przygody – obrączki kupione po wycofaniu oferty ze sklepu – prawie cudem uratowane od przetopienia ;), gajer znaleziony w pierwszym sklepie kupiony w podobnych okolicznościach – zostały w sklepie 2 sztuki schowane w magazynie, na kilka dni przed odesłaniem ich do centrali. że jeden z nich był właśnie tym pasującym, to tez zakrawało na cud. późniejsze wydarzenia sugerują, że chyba dość mocno naruszyliśmy zapasy szczęscia wykorzystując je do takich okoliczności;).
    Z resztą – kiedyś już pisałem to co sam kiedyś usłyszałem, że przygotowania do ślubu to pierwszy moment kiedy myśli się o rozwodzie. Uwielbiam to stwierdzenie:D

    Co do kwiatów – jeśli chcesz naprawdę piękne, to należy w kwiaciarni poprosić o bukiet chlamydii.

    A jeśli idzie o małżeństwo – jak przetrwaliście pierwsze 2 lata dziecka, to ślub może dla Was być tylko ułatwieniem życia. Kwestie urzędowe, prawne, podatkowe, szpitalne – to wszystko staje się dużo łatwiejsze po ślubie niż przed.

    ps. chociaż zdaję sobie sprawę, że nawet poeci pisali wiersze o “żelbetonie”, to jednak z powodu zawodowego zboczenia jestem uczulony na to słowo. Fachowo to albo “żelbet” albo “zelazobeton”. Żelbeton sugeruje obecność żelu w konstrukcji ;)

  3. Przynajmniej po ślubie nie będzie rozczarowania pt: “On nigdy nie sprzątał pokoju, robiła to jego mama”, albo brak koordynajcji ruchowej w kierunku kosza na brudne pranie ze skarpetkami i majtkami… :) Mimo wszystko małżeństwo jest świetne, polecam! Mówię to ja, 21 letnia żona od miesiąca :)

    Ps świetny tekst!!

  4. kurczaczek, ja mam aktualnie z połówką “cichsze dni” a tu 1/09 rocznica ślubu się zbliża…tak ślubu..a może to jedank data rozpoczęcia wojny ;);) *8 lat po ślubie, 13 lat razem, wiek moj 33 (normalnie Chrystuswoy), dwóch synów….okres “przed dziećmi” zero kłótni, nul, nicht, ZEROO… teraz raz na jakiś czas, przeważnie ze zmęczenia, braku cierpliwości do dzieci, przepracowania, niesywpania, braku wiecie czego (skutek niewyspania) , tylko jest jeden szkopół, ja z tych energetycznych co rzucają ..słowami, garnkami,…czym tam chcecie;) moj stary – constans, zero emocji…i jak ja krzyknę to on się w sobie zamyka na prawie caly tydzien i sie do mnie nie odzywa…mówie Wam dramatesku….więc masz fajnie, że dostajesz od razu buziaka i jest cool, ja tam musze spóścić łeb bo inaczej nie da rady osła ruszyć…wrrr za 5 dni ta rocznica, chyba trzeba się pogodzić ;)

  5. No to ja jestem jakaś z innej planety – bo mój mąż poza mną nie miał nigdy innej kobiety :D Wiem bo znam go prawie od przedszkola :P Ja coprawda taka grzeczna nie byłam i miałam przed nim kilka związków, ale cieszę się, że wreszcie otworzyły mi się oczy i zrozumiałam, że tylko Jego chcę wkurzać :) Jednak powiem szczerze, że czas narzeczeństwa był najgorszy z najgorszych – dostawał pierścionkiem, darliśmy o wszystko koty, wychodziłam trzaskając drzwiami – a po ślubie wszystko jakby ręką odjąć … myślę, że oboje zrozumieliśmy, że mamy siebie i to do końca, podpisane, zaklepane, obiecane – wiec warto sie postarać o to, żeby nie trzaskać drzwiami i skarpetki parować :) I faktycznie – rok za nami i był to najpięknieszy rok w moim życiu (z tego co mówi luby, to w Jego też). Nie wiem czemu, ale nasze narzeczeństwo to było tak jakby zamiast iść na wojnę to grać w nią ołowianymi żołnierzykami :P Taki zwiazek niby na serio a jednak na niby, dopiero ślub sprawił że naprawdę na milion procent podeszliśmy do swoich obowiązków jako mąż i żona, ojciec i matka :) I teraz mogę śmiało powiedzieć, że kocham mojego męża o niebo bardziej niż naszą córkę :) (a przed ślubem znaliśmy sie ok 10 lat, byliśmy razem ponad 5 lat, w narzeczeństwie rok :)) Więc mam nadzieję, że i Wy po ślubie będziecie mieć tylko miodowe dni i miesiące :)

  6. Stojąc u progu przygotowań do tego samego (ślubu znaczy się), z ogromną ulgą przyjmuję Twoją filozofię zen olewania wszelkich deadlinów :D ta filozofia do mnie przemawia, zamierzam ją zastosować w swoich planach ;)
    Najlepszego Radomska!

  7. Z tym płonącym ogniskiem to różnie bywało. Raz waliło płomieniem aż pod niebiosa (albo ze szczęścia albo totalny wkurw), to znów ledwo się tliło, ale w porę to zauważalismy i rozniecaliśmy ciepłem naszych oddechów lub dolaniem oliwy doń – polecam -płonie aż huczy !
    Ciche dni, owszem były raz nawet tygodnie, ale jakoś pchamy tę “taczkę obłędu” od 29 lat ! I w sumie warto!

  8. Mam dziecko, nie mam męża a że coś o atrakcyjności matrymonialnej wspominasz ;-), już wiem, że mieć nie będę. Smutnych doświadczeń za to mam dużo. Twoja opowieść to powiastka o fajnej Miłości. Niech trwa! i powodzenia w wiadomym dniu :-)

  9. Jako 15-latka obwieściłam przy obiedzie starszyźnie że nie wyjdę nigdy za mąż. Słowna jestem. Dobrze się czuję w konkubinacie.
    W pierwszym związku byłam 14 lat, odrzuciłam wszystkie oświadczyny, mówiłam gamoniowi na pierwszej randce że NIE. Co najmniej połowa tego stażu była już zmarnowana i niepotrzebna, ale człek leniwy jest, a ja zakompleksiona byłam i myślałam, że to normalne nie słyszeć nigdy “kocham Cię” ani nie widzieć tego w czynach. Kiedy wizja “na zawsze” zaczęła coraz bardziej mnie boleć, pewnego dnia wypaliłam “nie chcę z Tobą być już” i to było to. Myślałam, że w wolnym związku, kiedy przestaje istnieć wola choćby jednej ze stron, to druga się pakuje i fruuu.
    Figa.
    Mój ex nie chciał się wynieść przez 4 miesiące. Prawniczka mnie dobiła, że nie mogę mu wywalić walizek z balkonu nawet. A ten ciapowaty i niezaradny życiowo facet pewnego dnia mi wyłożył kawę na ławę.. że skoro męczył się ze mną 14 lat a ja odchodząc zabrałam mu plany i marzenia, to żąda rekompensaty w wysokości 160 tys zł! Szał…
    W moim obecnym związku jestem 6 lat, mamy 2-letnie dziecko. Jakoś 2 lata temu dostałam pierścionek i ofertę nie do odrzucenia. Przyjęłam biżuterię, bo mając dziecko z tym facetem jednak chciałam już jakieś potwierdzenie, że mamy plany wspólne. Ale zamążpójścia nadal nie chcę. Chcę być wieczną narzeczoną, bo to łatwiejsze niż kombinowanie z nazewnictwem podczas wszelkich oficjalnych prezentacji. Kryzysy? W zasadzie stale. Piękne były pierwsze 2 lata, kiedy widywaliśmy się w weekendy bo dwa różne miasta. Pierwszy kryzys zaraz po wprowadzce do mnie… w pakiecie dostałam też zdradę. Drugi kryzys gdy urodziłam dziecko.. to w zasadzie 2 lata życia dziecka=2 lata wiecznego kryzysu. Rodzicielstwo to dla mnie zly okres dla dwojga, nam się nie udało obronną ręką tego przejść. Tym bardziej że nałożył się trzeci kryzys: utrata pracy przez narzeczonego, zwolnienie mnie z pracy z powodu bycia mamą, i zawalenie się mojej osobistej firmy. Kryzys nr 3 trwa. Długi, kredyty, jedna moja pensja, przepracowanie, złość, pretensje.. Tym bardziej nie chciałabym być w tej sytuacji żoną.
    Lubię mieć drogę otwartą, chcę móc pierdolnąć drzwiami i nigdy nie wrócić. Niestety partner już zapowiedział, że z dziecka nie odda. Ojcem świetnym jest, nie mogę zaprzeczyć, ale nie przetniemy syna na pół.
    Ja chcę się z moim facetem zestarzeć, czuję to i wiem. Nie chcę nikogo innego u mojego boku. Mimo awantur i kłopotów, i tych myśli o wychodzeniu na zawsze… chcę by był. Bo to TEN. Ale nie chcę by był ślubnym.
    Rodzice się rozwiedli jak miałam 7 lat, w rodzinie plaga rozwodów, wśród okołocztedziestkowych znajomych to samo.
    Ja lubię ten swój konkubinat. O dziwo nigdy w urzędach czy szpitalach nie było kłopotów..upoważnienia się pisało. Dziecko ma nazwisko ojca. Nikt się jakoś nie dziwuje.. Spadek jest prosty.. wszystko dla dziecka. Długi też niestety..
    PS. Mam taki swój skromny wniosek. W małżeństwie czują się dobrze ludzie których rodzice się nie rozwiedli, ani nie byli jakoś dysfunkcyjni. Moja mama jest w konkubinacie już 30 lat. Żoną innego była jakieś 7, i to tylko z powodu mojego poczęcia.

Napisz komentarz:

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.