Jeszcze mi nie niosą sukni z welonem, ale…

jest taka bajka, którą opowiada się małym dziewczynką, jak tylko  zdążą się zachłysnąć pierwszą reklamą lalki Barbie – bądź piękna i mądra, a któregoś dnia u Twego progu zjawi się przystojny książę i zabierze Cię hen daleko do zamku i będziesz żyła długo i szczęśliwie. Życie to jednak nie bajka, o czym mała królewna przekonuję się już w okresie dojrzewania, kiedy jedynym pocieszeniem wywołującym uśmiech na jej pryszczatej twarzy, jest stare powiedzenie powtarzane przez babcię, że każda potwora znajdzie swojego amatora. Z bajek się wyrasta. Każda rozsądna kobieta wie, że ten dzień, w którym wbije się w białą kieckę zainstalowaną na kółku z wrzynającym się w każdą fałdę gorsetem, to jeden z ostatnich przyjemnych. Przecież to nie przypadek chyba, że każda bajka kończy się na „żyli długo i szczęśliwie”, że nie ma tam wzmianki o tym, że bajkowi zakochani kochali się na zabój do śmierci, on miał wzwód na myśl nawet o jej rozstępach, a ona była szczęśliwa i spełniona zawodowo. Nawet autorzy bajek wiedzą, że nie należy za bardzo oddawać się naiwnym fantazją, bo potem życie boli bardziej, a rzeczywistość potęguje w nas rozczarowanie.
Wróćmy jednak do motywu białej sukienki, bo ten tekst ma być wbrew pozorom sympatyczny, a nie dekadencki i przesycony żółcią, jak zwykle. No więc – biała kiecka. Kiedy moje koleżanki o niej marzyły, ja bawiłam się ze swoimi maskotkami w stado psów. Kiedy one myślały o całowaniu, ja knułam spalenia na stosie wszystkich lalek barbie, które tak wypaczyły moją psychikę i sprawiły, że chyba jednak w imię urody Cindy byłabym w stanie tępym nożem wyciąć te zawadzające w drodze ku smukłej talii żebra. Potem, ku zdziwieniu znajomych, sąsiadów, a nawet matki, szybciutko zaczęłam nadrabiać zaległości związane z relacjami damsko-męskimi, ale nigdy, cholera jasna nigdy nie byłam w stanie wyobrazić sobie, mimo wyobraźni bujnej jak amazońska puszcza, siebie w welonie i bieli. Zamykałam oczy i co? Nic poza abstrakcyjną wizualizacją przaśnej, białej bezy.
Latka, jak to zwykle bywa, cholernie się dłużyły, a potem zaczęły mijać nie wiadomo kiedy… Na pierwszym roku studiów ktoś rzucił jakąś głupią myśl, żeby się  dla jaj wybrać do salonu sukien ślubnych i dla beki poprzebierać, ale choć spotkała się ona z gromkim śmiechem, niestety przeszła bez echa. Uważam, że do największych głupot robionych w swoim życiu, trzeba po prostu dojrzeć. Zatem kilka lat później poszłam poeksperymentować. Dowiedzieć się, O CO KURWA CHODZI Z TYM MARZENIEM O BIAŁYM PRZEŚCIERADLE I FIRANCE WE WŁOSACH?!
Weszłam jak to nie ja, bo zupełnie nieśmiało, blaskiem bieli sukien porażona, zdobywając się na jeden odruch wskazujący, że zdrowy rozsądek bronił się ostatkiem sił. Schowałam zęby w paszcze rezygnując z durnego uśmiechu, który na tle sukienek wyglądał jak koszulka Hajzera nie wyprana w Vizirze.
I tak śliniłabym się w bezruchu jeszcze do osiemnastej, gdyby nie fakt, że kurtka ma czarna na tle sukien się wyróżniała, więc mimo woli zostałam dostrzeżona i troską ekspedientki obdarzona hojnie i wylewnie.
I zaczęło się, czy ja tylko tak ciekawości, czy może szukam czegoś dla siebie. I co? Mówię, że ciekawość nie płaci gotówką ani kartą, więc pewnie wyrzucą ze sklepu na ryj zbity do innego sklepu, z pościelą, wyślą, żebym się co najwyżej kołdrą poowijała. Zatem zaczynam kłamać, najpierw delikatnie, balansując na krawędzi naginania faktów a bezczelnym, obrzydliwym łgarstwem.
Pani nie dawała za wygraną. Czymże jest zmyślenie nigdy nie mających miejsca zaręczyn w świetle podawania liczby gości, koloru dodatków, nieistniejącego adresu sali, opowiadaniu o fryzurach i tłumaczeniu się z nieobecności pierścionka i ciąży, które mogłyby to (nie)planowane zamążpójście uzasadnić?
Z rzeczy swiecących moje zainteresowanie wzbudzają tylko żarówki energooszczędne, a fascynacje te obciachowe diody w golfach osiedlowych chłopaków, więc żadne tam kokardunie, cekinunie, bezunie i pierdunie inne nie zachwycają mnie raczej nigdzie, poza teledyskami gwiazd disco polo, którzy przeżywają teraz swój renesans. Skromność nade wszystko, a jakże, żeby rodziny męża nie straszyć prawdą o tym,  z kim mają do czynienia i zachować pozory…
No i Pani zmusiła mnie z troską oczywiście i czułym słowem do przyodziania sukni, którą wyśmiałabym wprost nawet gdyby założyła ją moja własna, rodzona siostra.
Najpierw haleczka z kółeczkiem, potem od góry, bach bach wciskamy się w całun choć nie turyński, to jednak ruchy nieco blokujący. I bucik z obcasem, co by cała Pietryna słyszała jak tupie Radomska z zachwytu.
Bo co? Za sprawą kilku sznurków i zwinnych ruchów miłej ekspedientki, która w niepozornych barach musiała skrywać absurdalne pokłady siły nagle – cycki jędrne i na swoim miejscu, talia zagubiona chyba wcześniej niż Atlantyda – odkryta, wyrzeźbiona, ba, wyrżnięta kiecką również na swoim miejscu, biodra niesymetryczne względem ramion zakamuflowane i…. bum. Nie było mnie już tam. jakieś ręce wpięły welon, ktoś tłumaczył coś o konieczności składania zamówień z 15 letnim wyprzedzeniem, ale Radomska nieobecna. Wpatrzona, jak nigdy w życiu, bo z przymusu jedynie komunikuje się nie bez awantur z lustrzanym odbiciem, nagle znów ma 5 lat, kręcącą się sukienkę i świecące, stukające po chodniku lakierki.
W tamtym okresie kręciłam się wokół swojej zaokrąglonej osi czując się (zupełnie bezpodstawnie…) najpiękniejsza w całym bloku i uśmiechałam się promiennie tak, że aż strach. Aż nie zakręciło mi się w głowie i nie poczułam uderzenia swojej małoletniej pupy o twardy chodnik.
I deja vu. Tym razem było tak samo, tylko uderzenie bez siniaków, bo przepełnione metaforą. Nikt Cię jeszcze Radomska o rękę nie prosił, koleżanko, a z tyłu kiecki, wbrew opinii czarującej ekspedientki brakuje do finalnego upięcia konstruktu kreacyjnego trochę więcej niż ociupinkę i ze dwa milimetry.
A jak tata się dowie, że przymierzałaś coś za ponad 3 tysiące, to dostanie zawału, bo będzie pewien, że bankowo zdążyłaś to uwalić ketchupem, kawą lub wodą i musi zapłacić, przez co z racji przymusowej, ojcowej rekonwalescencji będziesz musiała nie tylko odłożyć wszelkie decyzje, niekoniecznie o charakterze matrymonialnym, na później, ale i zmienić nazwisko. O zgrozo.

Jest taka bajka, którą opowiada się małym dziewczynkom, jak tylko  zdążą się zachłysnąć pierwszą reklamą lalki Barbie – bądź piękna i mądra, a któregoś dnia u Twego progu zjawi się przystojny książę i zabierze Cię hen daleko do zamku i będziesz żyła długo i szczęśliwie. Życie to jednak nie bajka, o czym mała królewna przekonuję się już w okresie dojrzewania, kiedy jedynym pocieszeniem wywołującym uśmiech na jej pryszczatej twarzy, jest stare powiedzenie powtarzane przez babcię, że każda potwora znajdzie swojego amatora.

 

Z bajek się wyrasta. Każda rozsądna kobieta wie, że ten dzień, w którym wbije się w białą kieckę zainstalowaną na kółku z wrzynającym się w każdą fałdę gorsetem, to najprawdopodobniej jedyny i ostatni taki wyśniony. Przecież to nie przypadek chyba, że każda bajka kończy się na „żyli długo i szczęśliwie”, że nie ma tam wzmianki o tym, że bajkowi zakochani kochali się na zabój do śmierci, on miał wzwód na myśl nawet o jej rozstępach, a ona była szczęśliwa i spełniona zawodowo. Nawet autorzy bajek wiedzą, że nie należy za bardzo oddawać się naiwnym fantazjom, bo potem życie boli bardziej, a rzeczywistość potęguje w nas uczucie rozczarowania. Wróćmy jednak do motywu białej sukienki, bo ten tekst ma być wbrew pozorom sympatyczny, a nie dekadencki i przesycony żółcią, jak zwykle.

No więc – biała kiecka. Kiedy moje koleżanki o niej marzyły, ja bawiłam się ze swoimi maskotkami w stado psów. Kiedy one myślały o całowaniu, ja knułam spalenia na stosie wszystkich lalek barbie, które wypaczyły moją psychikę i sprawiły, że chyba jednak nawet dziś, w imię urody Cindy byłabym w stanie tępym nożem wyciąć te, zawadzające w drodze ku smukłej talii, żebra. Potem, ku zdziwieniu znajomych, sąsiadów, a nawet matki, szybciutko zaczęłam nadrabiać zaległości związane z relacjami damsko-męskimi, ale nigdy, cholera jasna nigdy nie byłam w stanie wyobrazić sobie, mimo wyobraźni bujnej jak amazońska puszcza, siebie w welonie i bieli. Zamykałam oczy i co? Nic poza abstrakcyjną wizualizacją przaśnej, białej bezy.

Latka, jak to zwykle bywa, cholernie się dłużyły, a potem zaczęły mijać nie wiadomo kiedy… Na pierwszym roku studiów ktoś rzucił jakąś głupią myśl, żeby się  dla jaj wybrać do salonu sukien ślubnych i dla beki poprzebierać, ale choć spotkała się ona z gromkim śmiechem, to jednocześnie z żadną większą reakcją. Uważam, że do największych głupot robionych w swoim życiu, trzeba po prostu dojrzeć. Zatem kilka lat później poszłam poeksperymentować. Dowiedzieć się, O CO CHODZI Z TYM MARZENIEM O BIAŁYM PRZEŚCIERADLE I FIRANCE WE WŁOSACH?!

Weszłam jak to nie ja, bo zupełnie nieśmiało, blaskiem bieli sukien porażona, zdobywając się na jeden odruch wskazujący, że zdrowy rozsądek bronił się ostatkiem sił. Schowałam zęby w paszcze rezygnując z durnego uśmiechu, który na tle sukienek wyglądał jak koszulka Hajzera nie wyprana w Vizirze. I tak śliniłabym się w bezruchu jeszcze do osiemnastej, gdyby nie fakt, że kurtka ma czarna na tle sukien się wyróżniała, więc mimo woli zostałam dostrzeżona i troską ekspedientki obdarzona hojnie i wylewnie. I zaczęło się: czy ja tylko tak z  ciekawości, czy może szukam czegoś dla siebie. I co? Mówię, że ciekawość nie płaci gotówką ani kartą, więc pewnie wyrzucą ze sklepu na ryj zbity do innego sklepu, z pościelą, wyślą, żebym się co najwyżej kołdrą poowijała. Zatem zaczynam kłamać, najpierw delikatnie, balansując na krawędzi naginania faktów a bezczelnym, obrzydliwym łgarstwem.

Pani nie dawała za wygraną. Czymże jest zmyślenie nigdy nie mających miejsca zaręczyn w świetle podawania liczby gości, koloru dodatków, nieistniejącego adresu sali, opowiadaniu o fryzurach i tłumaczeniu się z nieobecności pierścionka i ciąży, które mogłyby to (nie)planowane zamążpójście uzasadnić?

Z rzeczy swiecących moje zainteresowanie wzbudzają tylko żarówki energooszczędne, a fascynacje- te obciachowe diody w golfach osiedlowych chłopaków, więc żadne tam kokardunie, cekinunie, bezunie i pierdunie inne nie zachwycają mnie raczej nigdzie, poza teledyskami gwiazd disco polo, które przeżywa teraz swój renesans. Skromność nade wszystko, a jakże, żeby rodziny męża nie straszyć prawdą o tym,  z kim mają do czynienia i zachować pozory…No i Pani zmusiła mnie z troską oczywiście i czułym słowem do przyodziania sukni, którą wyśmiałabym wprost nawet gdyby założyła ją moja własna, rodzona siostra.

Najpierw haleczka z kółeczkiem, potem od góry, bach bach wciskamy się w całun choć nie turyński, to jednak także ruchy nieco blokujący. I bucik z obcasem, co by cała Pietryna słyszała jak tupie Radomska z zachwytu. Bo co? Za sprawą kilku sznurków i zwinnych ruchów miłej ekspedientki, która w niepozornych barach musiała skrywać absurdalne pokłady siły nagle – cycki jędrne i na swoim miejscu, talia zagubiona chyba wcześniej niż Atlantyda – odkryta, wyrzeźbiona, ba, wyrżnięta kiecką również na swoim miejscu, biodra niesymetryczne względem ramion zakamuflowane i…. bum.

Nie było mnie już tam. jakieś ręce wpięły welon, ktoś tłumaczył coś o konieczności składania zamówień z 15 letnim wyprzedzeniem, ale Radomska nieobecna. Wpatrzona, jak nigdy w życiu, bo z przymusu jedynie komunikuje się nie bez awantur z lustrzanym odbiciem, nagle znów ma 5 lat, kręcącą się sukienkę i świecące, stukające po chodniku lakierki. W tamtym okresie kręciłam się wokół swojej zaokrąglonej osi czując się (zupełnie bezpodstawnie…) najpiękniejsza w całym bloku i uśmiechałam się promiennie tak, że aż strach. Aż nie zakręciło mi się w głowie i nie poczułam uderzenia swojej małoletniej pupy o twardy chodnik.I deja vu.

Tym razem było tak samo, tylko uderzenie bez siniaków, bo przepełnione metaforą. Nikt Cię jeszcze Radomska o rękę nie prosił, koleżanko, a z tyłu kiecki, wbrew opinii czarującej ekspedientki brakuje do finalnego upięcia konstruktu kreacyjnego trochę więcej niż „ociupinkę i dwa milimetry”.

A jak tata się dowie, że przymierzałaś coś za ponad 3 tysiące, to dostanie zawału, bo będzie pewien, że bankowo zdążyłaś to uwalić ketchupem, kawą lub wodą i musi zapłacić, przez co z racji przymusowej, ojcowej rekonwalescencji będziesz musiała nie tylko odłożyć wszelkie decyzje, niekoniecznie o charakterze matrymonialnym, na później, ale i zmienić nazwisko. O zgrozo.

Radomska wydostała się z kiecki nieporęcznie i niezdarnie znów zamieniając się w Kopciucha, co tym razem ubodło ją mocniej i zwykle. Przynajmniej jednak obiadu nie zjadła, nakarmienie się naiwnymi złudzeniami skutecznie zaspokoiło jej apetyt.

Koniec

________________________________

Zapraszam na fanpage bloga na FB: Mam wątpliwość

13 komentarzy
  1. Miewałam i miewam anemię.
    Ciocia podała mi kiszony barszcz z buraków i dodała raz, że będę mieć od niego piękne, czerwone usta i przyjedzie po mnie królewicz. I wypiłam….
    Pewnie nikt tego nie pamięta, ot takie rzucone mimochodem 🙂
    A ten prawdziwy królewicz potrafi sprawić, że niedoskonałości fizycznej urody nie są aż tak istotne, jak na srebrnym ekranie 🙂
    Baśnie dla mniejszych dziewczynek u mnie:
    kajapisze.pl baśnie dla dzieci

  2. Aż tak?
    Codziennie w drodze do i z pracy mijam rząd sklepów z sukniami ślubnymi (Długa w krk:)), ale jeszcze mnie nie podkusiło zeby wejść 🙂 chociaż po tym artykule może, może… Fajnie napisane, zresztą jak wszystkie wpisy tutaj 😛

    Póki co wole swoje studenckie życie mysli-bardzo.blog.pl

  3. Jeszcze mnie nie skusiło, choć pewnie i na mnie przyjdzie pora 🙂 Być może, gdy będę towarzyszyć przyjaciółce w przymiarkach. Niby daty ślubu jeszcze nie ma, ale pierścionek i owszem, a i oczka jej się świecą jak mija sklepy z sukniami ślubnymi. Także prędzej czy później, zgaduję że prędzej, też się tam znajdę.
    I być może będę mierzyć 😉

  4. Się zagubiłam. Nie pierwszy raz. Więc jasno się pytam: chcesz właściwie w taką kieckę się wbić w realu jak najbardziej czy wręcz przeciwnie? A może fabrycznie nowy, biały jak trzeba t-shirt i białe spodnie wraz z białymi tenisówkami do kompletu będą wygodniejsze? Po północy, w czasie wesela zmienisz tylko wygodny strój sportowy na wygodniejszy, bo mniej brudzący się kolor?
    Nie wiem tylko co z tą firanką i kwiatusiami sztucznymi we włosach…hm…zamień może na białą bejsbolówkę.

    1. jedno i drugie, bo wiadomka,ze kiecke rosolem upieprze, a w dresie bede tanczyc z goscmi na stolach :3

  5. Zapowiadało się nieźle, miałem nadzieję na sarkazm, może nawet wyłamanie się ze schematów jednak z czasem to standardowe babskie bzdety.
    Liczyłem na coś konkretnego a znowu lukrowana opowiastka dla dziewczynek żyjących marzeniami o księciu, oglądającymi telenowele itd.
    Eh…

  6. Coś wietrzę nosem ,że ściemniasz,i że chyba chesz się chajtnąć?Las masakras.Nie uciekaj plizzz…
    Zostań piękna tym pięknem,które nie ma imienia.Daj i Boże szczęście,a jak -bez znaczenia.Na ostro-jak będziesz chciała,lub słabo-czerp je ze swego pięknego
    ciała. Niech Ci zakwitnie sto kwiatów i da Ci pełne szczęście.Jesteś tego warta,niech Ci je da zamęście!!!

  7. Bajki to jedno, nasze złudzenia to drugie, oczekiwania to trzecie, a rzeczywistość to czwarte.

    Dzieciństwo mija pod znakiem bajek, by jak najpóźniej zacząć się martwić rzeczywistością, która nie jawi się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, ponieważ powtarzane do ukupkanej śmierci bajki napchały nam mózgi złudzeniami.

    Ślub to przeżycie i nikt nigdy nie może się do niego odpowiednio przygotować (chyba że jakiś rozwodnik-weteran, ale wtedy zawarcie takiego związku traci pierwotny blask). Czekam zatem na swój. ^^

  8. Ja również wyglądałabym jak beza i to taka mniej udana. W sklepie byłam raz, z koleżanką – to raczej ona miała chęć na przymierzenie, ale się nie zdecydowała. Mnie nie mogłaby namówić, bo większość tych modeli do przymierzania jest w rozmiarze 36 😀

  9. Jak sie wytnie żebra, to kikuty i tak będą odstawać, tworząc jakby kolce i wszystko to psu na budę. Chirurg na zajęciach mówił to mu wierzę.

    czytam od dłuższego czasu, ale że nic mądrego napisać dotychczas nie mogłam, to piszę dopiero teraz.

    i, przy okazji, jestem właścicielem bloga, którego nikt nie czyta. Shit happens jak to mówią

  10. Niedawno mój brat wziął ślub i ja mu pozazdrościłem, ale nie w sposób nienawistno-zawistny, ale doceniająco-admirujący. Chciałbym wziąć ślub. Nie tu i teraz, bo tak ciasno w polskim umyśle, a kiedyś i gdzieś. Zdecydowanie. Tylko czy moja druga połówka się zdecyduje?

Napisz komentarz:

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany.